Padało jak zwykle i drogi były zbyt rozmokłe, aby Clifford mógł wyjeżdżać w swoim fotelu. Connie chciała jednak spacerować. Wychodziła teraz codziennie sama, przeważnie do lasu, gdzie była naprawdę samotna. Tam nie widział jej nikt.
Tego jednak dnia Clifford chciał przesłać leśniczemu jakieś zlecenie, a że chłopiec stajenny zachorował na grypę — we Wragby zawsze ktoś chorował na grypę — Connie oznajmiła, że wstąpi do leśniczówki.
Powietrze było miękkie i martwe, jakby powoli obumierał cały świat. Wszystko szare, wilgotne i ciche, nikt nawet nie krzątał się przy kopalni, gdyż szyby pracowały teraz niepełny tydzień, a dzisiaj zupełnie nie pracowały. Kres wszystkiego!
W lesie panowała bezgraniczna nieruchomość, tylko wielkie krople spadały z nagich gałęzi, z głuchym, stłumionym dźwiękiem. Poza tym pośród szarych drzew była tylko szarzyzna, beznadziejne rozleniwienie, milczenie, pustka.
Connie szła naprzód nieświadomie. Ze starego lasu płynęła ku niej prastara melancholia, jakaś ulga, milsza niż brutalna bezuczuciowość zewnętrznego świata. Lubiła to ucieleśnienie resztek dawnego boru, to bezsłowne milczenie starych drzew. Wydawały się one prawdziwą potęgą milczenia, a zarazem żywą obecnością. I one czekały: czekały uparcie, stoicko, rozsiewając potęgę milczenia. Może czekały tylko na kres: na ścięcie i wywiezienie, kres lasu, dla nich kres wszystkiego. Ale może ich surowe i arystokratyczne milczenie, milczenie silnych drzew, oznaczało coś innego.
Kiedy wyszła z lasu od północnej strony, leśniczówka, dość ciemny budynek ceglany ze szczytowym dachem i zgrabnym kominem, wydała się jej niezamieszkała, taka była cicha i samotna. Ale z komina unosiła się smuga dymu, a mały, ogrodzony ogródek przed domem był okopany i bardzo starannie utrzymany. Drzwi wejściowe były zamknięte.
Kiedy już tu była, uczuła lekką obawę przed tym mężczyzną o dziwnych, spoglądających w dal oczach. Nie było jej miło przynosić mu rozkazy, miała ochotę zawrócić. Zapukała cicho, nikt się nie zjawił. Zapukała ponownie, ale ciągle jeszcze nie głośno. Nie otrzymała odpowiedzi. Zajrzała przez okno i zobaczyła ciemny, niewielki pokój w ponurym niemal zamknięciu, jakby nie dopuszczał do siebie niczego.
Stała, nasłuchując, i wydało się jej, że słyszy szmery za domem. Ponieważ nie udało się jej zwrócić na siebie uwagi, uczuła się podrażniona i nie chciała się dać zwyciężyć.
Obeszła więc dom dokoła. Z tyłu grunt opadał stromo, tak że podwórze leżało niżej i otoczone było niskim murem. Wyszła zza węgła domu i zatrzymała się. Na małym dziedzińcu, kilka kroków przed nią, stał nieświadomy jej obecności leśniczy i mył się. Był nagi do pasa, a aksamitne spodnie osunęły się nieco z jego smukłych bioder. Jego biały, wąski grzbiet pochylony był nad wielką miską mydlin, w których zanurzał głowę, potrząsając nią dziwnie drobnymi ruchami, unosił białe, szczupłe ramiona i wyciskał mydliny z uszu, zręczny, gibki jak łasica i zupełnie sam. Connie cofnęła się za węgieł domu i pobiegła w stronę lasu. Walczyła z sobą po doznanym wstrząsie. Ale ostatecznie był to tylko myjący się mężczyzna; rzecz zupełnie zwyczajna. Niebo świadkiem!
A jednak w jakimś dziwnym znaczeniu było to wizjonerskie przeżycie: przejęło ją do głębi. Widziała niezgrabne, krótkie spodnie zsuwające się po czystych, delikatnych, białych biodrach, na których trochę wystawały kości, a wrażenie samotności, wrażenie czystej i samotnej istoty przeniknęło ją na wskroś. Idealna biel samotnej nagości istoty, która żyła sama, wewnętrznie także sama. A poza tym pewnego rodzaju piękność czystego stworzenia. Nie istota piękności, nawet nie ciało piękności, tylko jakieś promieniowanie, gorący, biały płomień jednego jedynego życia, odsłaniający się w zarysach, których można było dotknąć: ciało!