— Nie tak, jak ja to rozumiem. Clifford powinien cię zabrać do Londynu i pozwolić ci bywać w towarzystwie. Jego rodzaj przyjaciół jest zupełnie dobry dla niego. Ale czym oni mogą być dla ciebie? Na twoim miejscu nie pogodziłabym się z tym wszystkim. Przejdziesz obok młodości, a starość i nawet wiek średni minie ci na żalu po niej.

Ukojona przez brandy stara pani zapadła w milczenie zadumy.

Ale Connie nie miała ochoty jechać do Londynu, aby pod kierunkiem Lady Bennerley wejść do towarzystwa. Czuła się nie dość szykowna, nie było to dla niej zajmujące. Wyczuwała pod tym wszystkim charakterystyczny chłód, wysuszający wszystko; jak grunt Labradoru, który nosi na powierzchni wesołe, małe kwiatki, a o stopę niżej jest zamarznięty.

Tommy Dukes był we Wragby, a prócz niego jeszcze jakiś pan, nazwiskiem Harry Winterslow, dalej Jack Strangeways z żoną Olive. Rozmowa była daleko bardziej niejednolita, niż kiedy byli tylko „koleżkowie”, wszyscy czuli się trochę znużeni, gdyż pogoda była brzydka i za rozrywkę mógł służyć tylko bilard i pianola do tańca.

Olive czytała książkę o przyszłości, gdy dzieci będą hodowane w butelkach, a kobiety „wyjaławiane”.

— Byłoby to bardzo dobre — rzekła. — Wtedy kobieta mogłaby żyć własnym życiem.

Strangeways chciał mieć dzieci, a ona nie chciała.

— Czy chciałaby pani być wyjałowiona? — zapytał Winterslow z brzydkim uśmiechem.

— Mam wrażenie, że jestem nią; z natury — odpowiedziała Olive. — W każdym razie przyszłość będzie rozumniejsza i kobieta nie będzie potrzebowała się wyniszczać swoimi funkcjami.

— Może uleci zupełnie w przestworza — wtrącił Dukes.