— Tak, duplikatu — powiedziała Connie, rumieniąc się.
— Może jasny panoczek wiedzom — odparł leśniczy.
— Tak! — rzekła Connie. — Może on ma drugi klucz. A jeżeli nie, moglibyśmy kazać zrobić duplikat według pańskiego. Trwałoby to chyba nie dłużej jak dzień lub dwa. Czy może się pan przez taki czas obyć bez klucza?
— Tego im nie moga pedzieć. Jo sam nie znóm żodnygo, kieryby robiół kluce.
Connie poczerwieniała nagle z gniewu.
— No, dobrze! — rzekła. — Pomyślę już o tym.
— Dobrze, jasno panuchno, niech robiom jak chcom.
Oczy ich spotkały się. W jego oczach było brzydkie spojrzenie niechęci i pogardy, i obojętności na wszystko, co mogło się stać. Jej oczy płonęły z oburzenia.
Ale serce jej zatrwożyło się, ujrzała, jak bardzo był jej niechętny, gdy szła przeciwko niemu. I dostrzegła w nim coś w rodzaju desperacji.
— Do widzenia!