— Dowidzynio, panuchno!

Ukłonił się i odwrócił szorstko. Zbudziła w nim drzemiące psy dawnego, zajadłego gniewu, gniewu przeciwko niej, upartej samiczce. I był bezsilny, bezsilny. Wiedział o tym!

I ona czuła gniew przeciwko upartemu samczykowi. Na domiar jeszcze sługa. Odeszła zła.

Pod wielkimi bukami na wzgórzu spotkała panią Bolton, która rozglądała się za nią.

— Zastanawiałam się właśnie, czy jaśnie pani przyjdzie — rzekła pielęgniarka z ożywieniem.

— Spóźniłam się? — zapytała Connie.

— Nnie... tylko Sir Clifford czekał, żeby mu pani nalała herbatę.

— Dlaczego pani mu nie nalała?

— O, zdaje się, że to mi nie przystoi. Zdaje się, że Sir Clifford nie byłby z tego zadowolony, proszę jaśnie pani.

— Nie rozumiem dlaczego — odpowiedziała Connie.