— O, proszę cię! — rzekła Connie.

— Tak, więc Mellors był prawie brutalny?

— O, naprawdę, to nic wielkiego! Ale zdaje mi się, że byłby nierad, gdybym przychodziła do jego twierdzy.

— Prawdopodobnie.

— A jednak nie wiem, co mógłby mieć przeciwko temu. Ostatecznie nie mieszka tam przecież. To nie jego prywatny dom. Nie rozumiem, dlaczego nie miałabym tam siadywać, kiedy mam ochotę.

— Oczywiście! — rzekł Clifford. — Mellors jest zbyt wielkiego zdania o sobie.

— Sądzisz?

— O, stanowczo. Zdaje mu się, że jest czymś nadzwyczajnym. Miał żonę, wiesz, z którą nie żył dobrze. Więc zgłosił się w roku 1915 jako ochotnik do wojska i został wysłany do Indii, zdaje się. W każdym razie był przez dłuższy czas kowalem kawalerii w Egipcie. Zawsze miał do czynienia z końmi. Umiał się z nimi obchodzić. Potem jakiś pułkownik hinduski ogłupiał na jego punkcie i zrobił go porucznikiem. Tak, dano mu szarżę oficerską. Mam wrażenie, że potem po wojnie powrócił ze swoim pułkownikiem do Indii, na północno-zachodnią granicę. Zachorował; teraz ma emeryturę. Dopiero zeszłego roku, zdaje się, powrócił ze służby wojskowej, a potem oczywiście niełatwo było takiemu człowiekowi zająć znowu dawne stanowisko. Dopuszcza się więc na każdym kroku nietaktów. Ale spełnia swoje obowiązki bardzo sumiennie, o ile to mnie dotyczy. Nie chcę tylko słyszeć o jego porucznikostwie.

— Jak mogli go zrobić porucznikiem, kiedy mówi najordynarniejszą gwarą?

— Wcale tak nie mówi... czasami tylko, wyjątkowo. Potrafi mówić bez zarzutu jak na takiego człowieka. Przypuszczam, iż wyobraża sobie, że jeżeli powrócił między zwyczajnych ludzi, musi też mówić jak zwyczajni ludzie.