Ruchomy fotel posuwał się naprzód. W gęstwinie leszczynowej zwisały bladozłote bazie, a w miejscach słonecznych przylaszczki leśne były szeroko otwarte, jakby tryskały radością życia, zupełnie jak za minionych czasów, gdy ludzie potrafili radować się nimi. Pachniały z lekka wonią kwiecia jabłoni, Connie zerwała kilka dla Clifforda.

Wziął je do ręki i obserwował uważnie.

— Niepokalana, cicha oblubienico pokoju48 — zacytował. — To zdanie wydaje się o wiele odpowiedniejsze w zastosowaniu do kwiatów niż do urn greckich!

— Kalać: to takie wstrętne słowo! — rzekła Connie. — Tylko ludzie mogą coś skalać.

— O, nie wiem... ślimaki i inne takie rzeczy — rzekł Clifford.

— Nawet ślimaki tylko zjadają co najwyżej, a takie pszczoły nie kalają niczego.

Zła była na niego, że wszystko obracał w słowa. Fiołki były powiekami Junony, a sasanki niepokalanymi oblubienicami. Jakże nienawidziła słów — zawsze wciskały się pomiędzy nią a życie: jeśli coś kalało rzeczy, to tylko słowa; gotowe słowa i zdania, wysysające sok żywotny ze wszystkiego, co żyje.

Przechadzka z Cliffordem nie minęła zupełnie szczęśliwie. Pomiędzy Cliffordem a Connie panowało naprężenie, a choć każde z nich udawało, że tego nie spostrzega, naprężenie to istniało. Nagle, całą siłą swego instynktu kobiecego, odpychała go Connie w myślach od siebie. Chciała się od niego uwolnić, zwłaszcza uwolnić się od jego świadomości, jego słów, jego opętania własnym „ja”, jego bezgranicznego, kieratowego opętania sobą, własnymi słowami.

Pogoda stała się znowu dżdżysta. Ale po kilku dniach Connie wyszła mimo deszczu i skierowała się do lasu. A raz już tu będąc, poszła do szałasu. Padało, ale nie było zbyt zimno, i las wydawał się tak cichy i daleki, niedosiężony w pomroce deszczu.

Wyszła na polanę. Nikogo nie ma! Szałas był zamknięty. Usiadła jednak na progu pod wiejskim okapem i skuliła się, aby się rozgrzać własnym ciepłem. Siedziała tak, spoglądając w deszcz, nadsłuchując jego niezliczonych odgłosów i dziwnych westchnień wiatru na najwyższych gałęziach, kiedy na pozór nie powiewał najsłabszy wiaterek. Stare dęby stały dokoła, siwe, potężne pnie, poczerniałe od deszczu, okrągłe i pełne życia, przeciągając swoje niezatroskane członki. Grunt był prawie zupełnie pozbawiony poszycia, nakrapiany jedynie przylaszczkami; gdzieniegdzie tylko kilka krzaków, olch czy kalin, i fioletowa gmatwanina gałęzi jeżyn. Stara, rudawa czerwień paproci znikała niemal pod zielonymi kryzami sasanek. Może to było jedno z niepokalanych miejsc. Niepokalane! Cały świat był skalany.