Niektóre rzeczy nie mogły być skalane. Nie można było skalać pudełka od sardynek. I tyle kobiet było takich. I mężczyzn. Ale ziemia...!
Deszcz ustawał. Tworzył jeszcze tylko szarą zasłonę pomiędzy dębami. Connie chciała odejść; a jednak siedziała. Ale zrobiło się jej zimno; a jednak przemożne lenistwo wewnętrznej niechęci trzymało ją na miejscu jak sparaliżowaną.
Skalanie! Jak skalanym można być, nie będąc nigdy dotkniętym! Skalanym przez słowa, które się stały plugawe, i przez martwe idee, które się stały opętaniem.
Mokry, brunatny pies nadbiegł, nie szczekając, uniósłszy tylko mokry pióropusz ogona. Mężczyzna w mokrej, czarnej kurtce skórzanej jak szofer nadszedł za nim, a twarz jego zarumieniła się trochę. Connie czuła, jak wzdrygnął się w szybkim chodzie, kiedy ją zobaczył. Wstała w wąskim, suchym miejscu pod wiejskim okapem. Leśniczy ukłonił się bez słowa i podszedł bliżej. Connie zaczęła się oddalać.
— Chciałam właśnie odejść — rzekła.
— Czekali, panuchno, aż bydom mógli wlyźć? — zapytał leśniczy, patrząc nie na nią, lecz na szałas.
— Nie, posiedziałam tylko kilka minut pod okapem — odpowiedziała Connie ze spokojną godnością.
Leśniczy spojrzał na nią. Connie patrzała zimnym wzrokiem.
— Tóż jasny panoczek jednak nie mieli kluca? — zapytał Mellors.
— Nie, ale to nic nie szkodzi. Mogę siedzieć pod okapem, jest tu zupełnie sucho. Do widzenia!