Nienawidziła pychy, z jaką używał w mowie dialektu.

Kiedy się oddalała, leśniczy obserwował ją bystro. Potem uniósł kurtkę, sięgnął ręką do tylnej kieszeni spodni i wydobył klucz od szałasu.

— No, to może jasno panuchna weznom se mój kluc, a jo se zaś wyszukom jakieś inksze miejsce na chlywik lo fazanów.

Connie spojrzała na niego.

— Jak pan to rozumie? — zapytała.

— No, rozumia tak, że se przeca moga wyszukać kej indziej jaki plac do hodówanio maluśkich fazanów. Jak se panuchna bydom sam chcieli przichodzić, to przeca z tym nie bydzie utropy.

Connie spojrzała na niego i poprzez mgłę dialektu zrozumiała, co miał na myśli.

— Dlaczego pan nie mówi zwyczajnie? — zapytała chłodno.

— Jo? Myśla, że przeca godom zwycajnie.

Connie milczała przez chwilę zagniewana.