— Tóż jak już jasno panuchna chcom mieć koniecnie kluc, to weznom se sam tyn. Abo dom im jutro, a do tego casu powynosza sam stąd te cołkie klamory. Cy się panuchna godzom na to?
Connie stała się jeszcze bardziej zła.
— Nie żądałam pańskiego klucza — rzekła. — Nie chcę wcale, aby się pan stąd wynosił ze swoimi rzeczami. Nie mam najmniejszego zamiaru wypędzać pana z pańskiego szałasu. Dziękuję! Chciałam tylko móc sobie tutaj posiedzieć czasami, jak dzisiaj. Ale mogę tak samo siedzieć pod okapem, więc proszę o tym więcej nie mówić.
Leśniczy spojrzał na nią znowu złymi, niebieskimi oczyma.
— No, ja, ja... — zaczął przeciągłym, powolnym dialektem — ale jasno panuchna majom przeca prawo i do tej szopy, i do kluca, i do wszystkiego, co hań jest. Jeno że w tym casie kożdego roku to jo sam móm kupa roboty, musza sam porząd doglondać i kręcić sie i tak porząd... Bez zima to sem przichodzić nie musza. Ale terozki, kiej wiosna za pasem, a jasny panoczek chcom chować fazany... A panuchnie nie bydzie przeca miło, jak sem fórt byda prziłaził i gospodarowoł.
Connie przysłuchiwała mu się z niemym zdumieniem.
— Dlaczego miałabym mieć coś przeciwko temu, aby pan był tutaj?
Spojrzał na nią dziwnie.
— No, bo lo mnie to jest kłopotliwe! — rzekł krótko, ale znacząco.
Connie poczerwieniała.