— Dobrze więc! — rzekła stanowczo. — Nie będę panu sprawiała kłopotu. Nie miałabym jednak na pewno nic przeciwko temu, aby tu siedzieć i przyglądać się, jak pan pielęgnuje młode bażanty. Patrzałabym na to bardzo chętnie. Jeżeli pan jednak sądzi, że panu przeszkadzam, nie będę przychodziła, niech się pan nie obawia. Jest pan leśniczym Sir Clifforda, nie moim.

Zdanie to brzmiało dziwnie, Connie nie wiedziała, dlaczego. Ale nie zważała już na to.

— Ale kaj tam, proszę jasny panuchny. To je przeca jeich szopa. Musi być wdycki tak, jak se to jasno panuchna uwożom i tak jak łozkożom. Mogom mie panuchna sam wyciepnąć, jak im sie tak spodobo. Mie sie jeno łozchodziło ło to...

— O co? — zapytała Connie stropiona.

Leśniczy w dziwny, komiczny sposób zsunął kapelusz z czoła.

— Dyć ło to jeny, że wierza jasno panuchna chcieli mieć to miejsce jeny lo nich samych, jak sam przichodzom, wierza jasno panuchna chcieli, żebych jo se sam nie gospodarowoł.

— Ależ dlaczego? — zapytała Connie z gniewem. — Czyż pan nie jest człowiekiem cywilizowanym? Czy sądzi pan, że musiałabym się pana bać? Dlaczego miałoby mnie obchodzić, czy pan tu jest, czy nie? Dlaczego to ma mieć jakieś znaczenie?

Mellors spojrzał na nią, a cała jego twarz migotała złośliwym śmiechem.

— Nie ło to idzie, panuchno, nie ło to, sprawiedliwie nie.

— Więc o co? — zapytała Connie.