PAN: Od tak dawna pragnę pani zadać pewne pytanie, być może niedyskretne, że nie mogę się dłużej powstrzymać.

GOSPODYNi: Niech pan pyta.

PAN: Jestem pewny, że pani nie urodziła się w oberży.

GOSPODYNI: To prawda.

PAN: Że dostała się pani do niej z wyższego stanu, przez nadzwyczajne okoliczności.

GOSPODYNI: Przyznaję.

PAN: I gdybyśmy zawiesili na chwilę historię pani de La Pommeraye...

GOSPODYNI: To być nie może. Chętnie opowiadam przygody cudze, ale nie własne. Wiedz pan tylko, że byłam wychowana w Saint-Cyr36, gdzie czytałam niewiele Ewangelii, a wiele romansów. Z instytutu królewskiego do gospody Pod Wielkim Jeleniem, to droga dość daleka.

PAN: Wystarcza; uważaj pani, że nic nie powiedziałem.

GOSPODYNI: Podczas gdy nasze dewotki budowały wszystkich swoim życiem, a zapach nabożności i świętości ich obyczajów rozchodził się wokoło, pani de La Pommeraye zachowywała w stosunku do margrabiego wszelkie pozory szacunku, przyjaźni i najpełniejszego zaufania. Zawsze mile witany, nigdy niespotykający się z połajanką ani dąsem nawet po długiej nieobecności, opowiadał jej wszystkie swoje drobne sukcesy, którymi margrabina zdawała się bawić szczerze. Udzielała mu rad w przedsięwzięciach bardziej drażliwej natury; rzucała niekiedy jakieś słówko o małżeństwie, ale w tonie tak bezinteresownym, że nie można było podejrzewać, by przemawiała w swojej sprawie. Jeśli margrabia zwracał się do niej z jakim czułym lub dwornym komplementem, trącącym wspomnieniami dawnej poufałości, uśmiechała się albo puszczała mimo uszu. Wedle tego, co sama mówiła, serce jej było spokojne; ba, czego nie byłaby sobie nigdy wyobrażała, przekonała się, że przyjaciel taki jak on wystarcza jej do szczęścia w zupełności; zresztą nie czuje już w sobie porywów pierwszej młodości, czuje się wystygłą, spokojną...