— I zabezpieczasz sobie wszelkie przewagi postępowania bez zarzutu.

— I to możliwe.

— I gdybym miał szczęście albo nieszczęście nawiązać rzecz na nowo, gotujesz sobie bodaj zasługę milczenia, jakim pokryłabyś moje wybryki.

— Zbyt wiele szlachetności i delikatności przypisujesz mi, margrabio.

— Moja przyjaciółko, po tym, co uczyniłaś, nie ma bohaterstwa do którego byś nie była zdolną.

— Cieszy mnie, że tak mniemasz.

— Na honor, jesteś pani dla mnie niebezpieczniejsza niż kiedykolwiek: zaczynam się obawiać nie na żarty.

KUBUŚ: I ja także.

GOSPODYNI: Upłynęły mniej więcej trzy miesiące od czasu, gdy rzeczy stanęły na tym punkcie. Pani de La Pommeraye uznała, że czas rozpocząć grę na serio. Pewnego letniego dnia, w piękną pogodę, kiedy spodziewała się margrabiego na obiad, kazała powiedzieć d’Aisnonce i jej córce, aby się udały na przechadzkę do Ogrodu Królewskiego. Margrabia przybył, nakryto wcześnie, obiad upłynął nader wesoło. Po obiedzie pani de La Pommeraye poddaje margrabiemu przechadzkę, o ile przypadkiem nie ma jakiej milszej rozrywki. Nie było tego dnia ani Opery ani Komedii; owóż przypadek zrządził, iż on sam, pragnąc wynagrodzić sobie zabawne użytecznym, zaprosił margrabinę na wspólne zwiedzenie Królewskiego Gabinetu. Możecie sobie wyobrazić, iż nie spotkał się z odmową. Zaprzężono powóz, ruszyli i wnet znaleźli się w Parku Królewskim, wmieszani w ciżbę, przyglądając się wszystkiemu i nie widząc nic, jak inni.

Czytelniku, zapomniałem ci odmalować położenie trojga osób; Kubusia, jego pana i gospodyni: wskutek tego przeoczenia słyszeliście, jak mówią, ale nie widzieliście ich; otóż lepiej późno jak nigdy. Pan na lewo, w krymce, w szlafroku, wyciągnął się niedbale na szezlongu z chustką do nosa pod ręką i tabakierką w garści. Gospodyni w głębi, na wprost drzwi, blisko stołu, szklanka przed nią. Kubuś bez kapelusza, po prawej, oboma łokciami wsparty na stole, z głową pochyloną między dwiema butelkami: dwie inne na ziemi koło niego.