Wyszedłszy z Gabinetu, margrabia i jego przyjaciółka zażywali przechadzki w ogrodzie. Skręcili właśnie w pierwszą aleję na prawo od wejścia, w pobliżu szkółki drzewek, kiedy pani de La Pommeraye wydała okrzyk zdziwienia: „Nie, nie mylę się, pewna jestem że to one; tak, tak, nikt inny tylko one”.
Natychmiast porzuca margrabiego i śpieszy na spotkanie naszych świętoszek. Młoda d’Aisnon wyglądała czarująco w owym prostym ubraniu, które nie ściągając oczu na strój, kieruje całą uwagę na samą osobę. „Ach, więc to pani?”
— Tak, to ja.
— I jakże się pani miewa, co się z wami działo? Wszak to już wiek cały upłynął od ostatniego widzenia.
— Znane są pani nasze nieszczęścia; trzeba było poddać się wyrokom losu i żyć w ustroniu, jak przystało naszemu skromnemu mieniu; porzucić świat, skoro się nie da w nim zachować godnego siebie stanowiska.
— Ale dlaczegóż opuszczać mnie, która nie liczę się do świata i zawsze miałam na tyle rozumu, aby go sądzić, tak jak na to zasługuje!
— Jednym ze smutnych przywilejów nieszczęścia jest to, iż rodzi nieufność; ubodzy lękają się, aby się nie stali natrętni.
— Wy natrętne, mnie! takie przypuszczenie to niemal obraza.
— Pani, ja jestem bez winy: mało dziesięć razy przypominałam mamusi o pani, ale rzekła tylko: „Pani de La Pommeraye... nikt, nikt, moja córko, nie pamięta już o nas”.
— Cóż za niesprawiedliwość! Usiądźmy nieco, porozmawiamy. Oto margrabia des Arcis, mój przyjaciel; obecność jego nie będzie nas krępować. Ależ ta panienka wyrosła! ależ wypiękniała od czasu, jakeśmy się nie widziały!