— Położenie nasze ma tę korzyść, iż broni nam wszystkiego, co szkodliwe dla zdrowia; spójrz pani na tę twarzyczkę, na to ramię; oto owoce wstrzemięźliwego i jednostajnego życia, snu, pracy, czystego sumienia: to też coś warte...
Panie usiadły, rozmowa potoczyła się na temat przyjaźni. Matka była wymowna, córka mówiła mało. Jedna i druga zarywała o ton dewocji, ale swobodnie i bez przesady. Na długi czas przed zachodem słońca skromnisie poczęły się żegnać. Przedkładano im, że jeszcze wcześnie; ale d’Aisnon-matka szepnęła do ucha pani de La Pommeraye dość głośno, że mają jeszcze pewne nabożne obowiązki do spełnienia i niepodobieństwem jest zostać im dłużej. Były już o dobrych parę kroków, kiedy pani de La Pommeraye przypomniała sobie z wyrzutem, że nie spytała o ich pomieszkanie i nie powiadomiła o swoim: „To nieuwaga — dodała — której nie byłabym się dopuściła dawniej”. Margrabia pospieszył, aby naprawić błąd; przyjęły uprzejmość pani de La Pommeraye, ale mimo najusilniejszych nalegań margrabia nie mógł się dowiedzieć o miejscu ich siedziby. Nie śmiał ofiarować swego powozu, mimo iż, jak wyznał pani de La Pommeraye, wielką miał pokusę.
Margrabia nie omieszkał zapytać towarzyszki, kto są te dwie kobiety.
— To istoty zaprawdę szczęśliwsze od nas. Spójrz, margrabio, na zdrowie, jakim się cieszą i na pogodę rozlaną na obliczu! niewinność, obyczajność, jaką tchnie ich rozmowa! Nie widuje się, nie słyszy się tego w naszych kołach. My żałujemy dewotów, oni nas: i wszystko zważywszy, gotowa jestem uwierzyć, że mają słuszność.
— Ależ, margrabino, czyżbyś w istocie skłaniała się ku dewocji?
— Dlaczego nie?
— Strzeż się pani, nie chciałbym, aby nasze zerwanie, o ile ono jest zerwaniem, zaprowadziło cię aż tak daleko.
— Wolałbyś raczej, abym otwarła drzwi młodemu hrabiemu?
— O wiele.
— I radziłbyś mi?