— Bez wahania...

Pani de La Pommeraye powiedziała margrabiemu wszystko, co było jej wiadomym o rodzinie, pochodzeniu; dawnym życiu i procesie obu świętych kobiet, ciągle mówiąc o nich z niezmiernym przejęciem i zapałem; w końcu dodała: „To osoby niezwykłej wartości, zwłaszcza córka. Pojmujesz, margrabio, że przy takiej urodzie, o ile kobieta zechce użyć jej jako środka, nie zbywa jej w Paryżu na niczym; ale one przełożyły uczciwe ubóstwo nad haniebny zbytek. To, co im pozostało, to tak niewiele, że doprawdy nie wiem, jak sobie dają rady, aby wyżyć. Pracują też od rana do nocy! Wierz mi, znosić ubóstwo, gdy się w nim wzrosło, potrafi mnóstwo ludzi; ale przejść od dostatków do bardzo szczupłej stopy życia, zadowolić się tym i czuć szczęśliwym, to rzecz, której nie rozumiem! Oto w czym okazuje się siła religii. Nasi filozofowie mogą mówić, co chcą, religia jest dobrą rzeczą”.

— Zwłaszcza dla nieszczęśliwych.

— A któż nim nie jest, mniej albo więcej?

— Niech zginę, jeśli pani nie zarywasz już o dewocję!

— Wielkie nieszczęście! To życie, to tak niewiele, kiedy się je porówna z wiecznością, która nas czeka.

— Ależ pani już mówisz jak istny misjonarz.

— Mówię jak kobieta przekonana. Ejże, margrabio, odpowiedz mi szczerze: czy wszystkie bogactwa nie byłyby lichymi łachmanami w naszych oczach, gdybyśmy bardziej byli przeniknięci oczekiwaniem dóbr i obawą cierpień przyszłego życia? Uwieść młodą dziewczynę albo kobietę przywiązaną do męża z tym uczuciem, że można umrzeć w jej ramionach i popaść nagle w męczarnie bez końca, wyznaj, iż byłoby to najniesłychańszym szaleństwem.

— Dzieje się to wszelako codziennie.

— Dlatego, że ludzie nie mają wiary, że oszałamiają samych siebie.