— Dlatego, iż wierzenia religijne mały mają wpływ na obyczaje. Ale, moja przyjaciółko, przysięgam ci, iż pędzisz całą siłą w stronę konfesjonału.

— To najlepsze, co mogłabym uczynić.

— Szaleństwa mówisz, margrabino; masz jeszcze przed sobą dobre dwadzieścia lat miłych grzeszków; nie daruj swego; później będziesz się kajać i pójdziesz się nimi pochwalić u stóp kapłana, jeśli ci to sprawi przyjemność. Ale oto rozmowa przeszła na dziwnie poważne tory: wyobraźnia twoja nabiera straszliwie czarnych kolorów; oto skutek obrzydliwej samotności, w jakiej się pogrążyłaś. Wierzaj mi, odwołaj co rychlej z wygnania młode hrabiątko: przestaniesz widzieć dokoła diabłów i piekło i będziesz urocza jak dawniej. Obawiasz się, że ci to mogę wymawiać, jeśli kiedyś wrócimy do siebie; ale przede wszystkim może nie wrócimy nigdy; tedy dla obawy mniej lub więcej uzasadnionej pozbawiasz się najmilszej z przyjemności. W istocie ambicja, aby być lepszą ode mnie, niewarta jest tego poświęcenia.

— Bardzo słusznie mówisz, margrabio, toteż nie to mnie wstrzymuje...

Powiedzieli sobie jeszcze wiele innych rzeczy, których nie pamiętam.

KUBUŚ: Pani gosposiu, napijmy się łyczek; to odświeża pamięć.

GOSPODYNI: Napijmy się łyczek... Okrążywszy nieco aleje, pani de La Pommeraye i margrabia wsiedli do powozu. Pani de La Pommeraye rzekła: „Jak mnie to postarza! Kiedy to przybyło do Paryża, nie większe było jak tyle”.

— Mówisz o córce damy, którą spotkaliśmy na przechadzce?

— Tak. Zupełnie jak w ogrodzie: róże więdnące ustępują miejsca świeżym. Czyś się jej przyjrzał?

— Najsumienniej.