— W butelce pozostała resztka, która by wywietrzała. Mam szaloną odrazę do niedopitych butelek; prześladowałoby mnie to w łóżku; wystarczyłoby, abym nie mógł zmrużyć oka. Nasza gosposia jest, na honor, przednia kobieta, a jej szampańskie wyśmienite; szkoda by mu dać się ulotnić... Za chwilę znajdzie się w bezpiecznym schronieniu... o, już się nie ulotni...

Tak bełkocąc, Kubuś w koszuli i boso wygolił dwa lub trzy dobre łyki bez przecinka, jak się wyrażał, to znaczy z butelki do szklanki i ze szklanki do ust. Są dwa podania o tym, co się stało później, skoro zgasił światło. Jedni twierdzą, iż zaczął posuwać się po omacku wzdłuż muru, nie mogąc odnaleźć łóżka, i powiadał: „Na honor, nie ma go; albo, jeżeli jest, napisano w górze, że go nie odnajdę; w jednym i w drugim wypadku, trzeba się obejść; co rzekłszy, wyciągnął się na krzesłach. Wedle drugich było napisane w górze, że zaplącze się nogami w krzesłach, upadnie na podłogę i tam pozostanie. Z tych dwóch wersji, jutro, pojutrze, z wypoczętą głową, wybierzecie sobie tę, która bardziej przypadnie wam do smaku.

Dwaj podróżni, którzy położyli się późno i to z głową nieco zaprószoną, obudzili się dobrze ku południowi: Kubuś na ziemi albo na krzesłach, wedle wersji, jakąście wybrali, pan bardziej wygodnie, w łóżku. Weszła gospodyni i oznajmiła, że dzień nie zapowiada się pięknie. Gdyby nawet pogoda pozwoliła puścić się w drogę, musieliby z narażeniem życia przedostawać się przez wezbrane od deszczu strumienie: już kilku podróżnych, którzy nie chcieli jej wierzyć, zmuszonych było nawrócić.

Pan rzekł do Kubusia: „Kubusiu, cóż poczniemy?”. Kubuś odpowiedział: „Najpierw spożyjemy śniadanie z gosposią: co nam rozjaśni w głowie”. Gospodyni osądziła, iż myśl jest roztropna. Podano śniadanie. Gospodyni była usposobiona nader wesoło; pan gotów był wtórować; ale Kubuś czuł się cierpiący; jadł bez apetytu, pił mało, zamilkł. Ten ostatni objaw był zwłaszcza niemiły: następstwo lichej nocy, jaką przepędził w jeszcze lichszym łóżku. Skarżył się na darcie w kościach; głos, silnie ochrypły, zwiastował ból gardła. Pan radził mu się położyć: nie chciał słuchać. Gospodyni poddała myśl zupy cebulowej. Zażądał, aby rozniecono ogień w pokoju, czuł bowiem dreszcze; aby zaparzono ziółka i przyniesiono butelkę białego wina: co też wykonano natychmiast. Zaczem gospodyni znikła i Kubuś został sam ze swym panem. Ten podchodził ku oknu, mówił: „Cóż za diabelski czas!”, patrzał na zegarek (jedyny do którego miał zaufanie), zażywał niuch tabaki, powtarzając te same czynności z godziny na godzinę i wykrzykując za każdym razem: „Cóż za diabelski czas!”. Następnie zwrócił się do Kubusia i dodał: „Śliczna sposobność dla podjęcia i dokończenia historii twoich amorów! ale licho mówi się o amorach i o czymkolwiek w ogóle, kiedy człowiek cierpi. Wejrzyj w siebie, zastanów się; jeśli możesz gadać, gadaj; jeśli nie, wydój swoje ziółka i śpij”.

Kubuś oświadczył, jako milczenie jest mu bardzo niezdrowe; jako jest zwierzęciem z natury gwarliwym; główną zaś i najcenniejszą korzyścią jego służby jest swoboda wynagrodzenia sobie dwunastu lat knebla spędzonych w domu dziadka, niech mu to Pan Bóg odpuści.

PAN: Mów tedy, skoro to czyni przyjemność nam obu. Stanąłeś przy nie pamiętam już jakiej niesumiennej namowie żony chirurga; chodziło, zdaje się, o to, aby wykurzyć tego, który dotąd służył w zamku, a wprowadzić jej męża.

KUBUŚ: Jestem w domu; ale chwileczka, jeśli łaska. Odwilżmy się.

Kubuś napełnił spory kubek odwarem, dolał nieco białego wina i połknął. Był to przepis, który miał od swego kapitana i który pan Tissot40, przejąwszy od Kubusia, zaleca w swoim traktacie o pospolitszych chorobach. „Wino białe — powiadał Kubuś i pan Tissot — pędzi wodę, działa moczopędnie, poprawia mdły smak ziółek oraz podtrzymuje jędrność żołądka i jelit”. Wypiwszy miksturę, Kubuś ciągnął dalej:

— Opuszczam tedy dom chirurga, sadowię się w powozie i przybywam do zamku, gdzie otaczają mnie wszyscy mieszkańcy.

PAN: Czy cię tam znali?