KUBUŚ: Rozumie się! Przypomina pan sobie pewną kobietę z dzbanem oliwy?

PAN: Bardzo dobrze.

KUBUŚ: Ta kobieta załatwiała zwyczajnie posyłki rządcy i służby pałacowej. Joanna (tak jej było) rozgłosiła w zamku akt miłosierdzia, jakiego względem niej dopełniłem. Mój dobry uczynek doszedł do uszu pana domu: nie zatajono mu również i sińców, które stały się jego nagrodą w ciemną noc na gościńcu. Nakazał, aby mnie odnaleziono i przeniesiono do zamku. Otóż i jestem. Oglądają mnie, wypytują, podziwiają. Joanna ściska mnie i dziękuje. „Pomieścić mi go wygodnie — rzekł pan do swoich ludzi — żeby mu na niczym nie zbywało — zaś do chirurga domowego — Będziesz go pan pielęgnował z całą troskliwością”... Wszystko wypełniono co do joty. I cóż! panie, któż wie, co jest napisane w górze? Niechże kto powie teraz, czy jest źle, czy dobrze oddać pieniądze potrzebującemu; czy jest nieszczęściem być pobitym na gościńcu... Bez tych dwóch wydarzeń, Pan Desglands nigdy nie usłyszałby o Kubusiu.

PAN: Pan Desglands, właściciel Miremont! Więc to w zamku Miremont bawisz? u mego starego przyjaciela, ojca pana Desforges, intendenta prowincji?

KUBUŚ: Właśnie. A młoda brunetka o smukłej kibici, czarnych oczach...

PAN: Jest Dyzią, córką Joanny?

KUBUŚ: We własnej osobie.

PAN: Masz słuszność, to jedna z najładniejszych i najuczciwszych istot na dwadzieścia mil w okolicy. Ja i niemal wszyscy, którzy bywali w zamku Desglands’a, na głowie po prostu stawali, aby uwieść tę małą. Nie było ani jednego spośród nas, który by nie uczynił chętnie największych głupstw dla niej, byleby ona w zamian uczyniła jedno maleńkie dla niego.

Gdy na to Kubuś zamilkł, pan zapytał: „O czym myślisz? Co robisz?”.

KUBUŚ: Odmawiam moją modlitwę.