PAN: Ale, Kubusiu, widzę, że przeszedłeś niemało domów w dosyć krótkim czasie.
KUBUŚ: To prawda, tu i ówdzie zdarzyło mi się wylecieć ze służby.
PAN: Dlaczego?
KUBUŚ: Dlatego iż urodziłem się gadułą, a wszyscy ci ludzie lubili, aby trzymać język za zębami. To nie tak jak z panem, który byś mi wymówił nazajutrz służbę, gdybym umilkł. Trafił pan na przywarę, która właśnie panu odpowiada. Ale, ale: zatem, co zdarzyło się panu Desglands? Chciej mi pan opowiedzieć, podczas gdy będę przyrządzał łyk swojej mikstury.
PAN: Mieszkałeś w zamku i nigdy nie zdarzyło ci się słyszeć o sławnym plastrze?
KUBUŚ: Nie.
PAN: Tę historię zostawmy sobie na drogę; druga jest krótka. Desglands majątek swój zawdzięczał grze. Otóż pokochał kobietę, którą mogłeś widzieć w zamku; kobietę z głową, ale sensatkę, dziwaczkę i nieugiętą. Rzekła jednego dnia: „Albo cenisz mnie wyżej niż grę, w takim razie daj słowo honoru, że nie będziesz grał nigdy; albo też grę przekładasz nade mnie, w takim razie nie mów mi nigdy o swej miłości i graj, ile ci się podoba”... Desglands dał słowo, że nie będzie grał. — Ani grubo ani cienko? — Ani grubo ani cienko. Upłynęło mniej więcej dziesięć lat, odkąd żyli razem w wiadomym zamku, kiedy Desglands, powołany do miasta w pewnej sprawie, będąc u rejenta, spotkał na swoje nieszczęście jednego z dawnych kompanów zielonego stolika. Ten zaciągnął go na obiad do jakiejś nory, gdzie za jednym posiedzeniem przegrał wszystko, co posiadał. Dama była nieubłagana; była to osoba bogata; wyznaczyła Desglands’owi skromną pensyjkę i rozstała się z nim na zawsze.
KUBUŚ: Żal mi go szczerze, to godny człowiek.
PAN: Jak się miewa gardło?
KUBUŚ: Źle.