— Nie pretenduję do nich. Być w zgodzie ze swym stanem i obowiązkami, oto jedyne prawdziwe szczęście.
— A co za spojrzenia rzuca na pana ukradkiem! Przyznaj, ojczulku, jako znawca, iż nie często zdarzyło ci się ściągać bardziej żywe i słodkie zarazem. Co za wdzięk, co za lekkość, szlachetność w chodzie, w ruchach!
— Nie myślę o tych marnościach; czytam Pismo Święte, rozpamiętuję Ojców Kościoła.
— A od czasu do czasu doskonałości tej damy. Czy daleko mieszka od probostwa? A mąż, czy młody?...
Hudson, zniecierpliwiony tymi pytaniami i głęboko przekonany, iż Ryszard nie złapie się na jego świętość, rzekł nagle: „Mój Ryszardzie, ty robisz kpa ze mnie i masz słuszność47”.
Wybacz mi, drogi czytelniku, drastyczność wyrażenia; i przyznaj, iż tutaj, jak w niezmiernej ilości przednich opowiastek, takich na przykład jak słynna rozmowa Pirona48 z nieboszczykiem księdzem Vatri, słowo przystojne zepsułoby wszystko. — Cóż to za rozmowa Pirona z księdzem Vatri? — Idźcie spytać wydawcy jego dzieł, który nie miał odwagi jej wydrukować, ale który nie będzie się zbytnio drożył z opowiedzeniem.
Nasi czterej podróżni spotkali się w zamku; spożyli wspólnie obiad smacznie i wesoło i pod wieczór pożegnali się, z nadzieją spotkania się znowu... Otóż podczas gdy margrabia des Arcis rozmawiał z panem, Kubuś ze swej strony nie siedział niemo z sekretarzem Ryszardem. Kubuś wydał się temu ostatniemu szczerym oryginałem, co zdarzałoby się częściej między ludźmi, gdyby najpierw wychowanie, a następnie szkoła świata nie ścierały ich jak sztuki srebra, które od długiego obiegu tracą swoje piętno. Było późno; zegar upomniał panów i służących, że nadchodzi pora spoczynku; posłuchali go.
Kubuś rozbierając pana, rzekł: „Panie, czy pan lubi obrazy49?”.
PAN: Tak, ale w opowiadaniu; o ile bowiem są w kolorach i na płótnie, to mimo iż wyrokuję o nich równie stanowczo jak najtęższy znawca, przyznam ci się, że nic a nic się na tym nie rozumiem. Byłbym w wielkim kłopocie, gdyby mi kazano odróżnić jedną szkołę od drugiej; można by mi wmówić Bouchera50 jako Rubensa albo Rafaela; wziąłbym łatwo lichą kopię za niedościgły oryginał; oceniłbym na sześć tysięcy talarów sześciofrankową bazgrotę, na sześć zaś franków sztuczkę wartą sześć tysięcy. Nigdy nie zaopatrywałem się w obrazy gdzie indziej niż na moście Najświętszej Panny, u niejakiego Tremblina, który był za mego czasu opatrznością nędzy lub rozpusty i zagładą talentu młodych uczniów mistrza Vanloo51.
KUBUŚ: W jaki sposób?