PAN: I było napisane w górze, że spotkasz w jakimś szynczku uczynną istotę; zaprószywszy sobie nieco głowę...

KUBUŚ: Nie wypiłem ani kropli; było natomiast napisane w górze, iż w godzinie, którą mamy obecnie, będzie się pan wysilał na błędne przypuszczenia i popadnie w wadę, z której mnie pan wyleczył, to jest manię zgadywania, a zawsze fałszywie. Zatem, trzeba panu wiedzieć, iż pewnego pięknego dnia ochrzczono mnie.

PAN: Jeśli historię utraty dziewictwa masz zamiar zacząć od chrzcin, nie dopłyniemy zbyt rychło do końca.

KUBUŚ: Miałem tedy chrzestnego ojca i chrzestną matkę. Stary Byk, najsławniejszy stelmach we wsi, miał syna. Byk-ojciec był moim chrzestnym ojcem, Byk-syn moim przyjacielem. Mając po osiemnaście czy dziewiętnaście lat, zadurzyliśmy się obaj w szwaczusi imieniem Justyna. Nie uchodziła w ogóle za zbyt okrutną; ale uważała za właściwe poprawić sobie reputację pierwszym koszykiem i wybór jej padł na mnie.

PAN: Oto jedno z dziwactw kobiecych, które człowiek daremnie sili się pojąć.

KUBUŚ: Całe mieszkanie majstra Byka, mego chrzestnego ojca, składało się z warsztatu i stryszku. Łóżko majstra stało w głębi warsztatu. Młody Byczek, mój przyjaciel, sypiał na stryszku, na który wchodziło się po drabince znajdującej się w równej mniej więcej odległości od ojcowskiego łóżka i od drzwi sklepu.

Skoro Byk, mój ojciec chrzestny, zasnął na dobre, przyjaciel Byczek otwierał ostrożnie drzwi i Justysia wsuwała się na stryszek po drabince. Nazajutrz z pierwszym brzaskiem, zanim Byk-ojciec się obudził, Byczek, syn jego, schodził ze stryszku, otwierał drzwi i Justysia wymykała się tak, jak weszła.

PAN: Aby śpieszyć na inny stryszek, własny lub cudzy?

KUBUŚ: Czemu nie? Pożycie Byczka i Justysi płynęło dość słodko, ale niebawem miało ulec zmąceniu: tak było napisane w górze, tak więc się słało.

PAN: Ze strony ojca?