KUBUŚ: Nie.

PAN: Matki?

KUBUŚ: Nie, nie żyła.

PAN: Jakiegoś rywala?

KUBUŚ: Ech, nie, nie, do stu tysięcy par diabłów, nie. Mój panie, napisane jest w górze, że się pan z tego nie podźwigniesz do końca swoich dni; dopóki będziesz żył, będziesz zgadywał, powtarzam panu, i to zgadywał fałszywie.

Jednego ranka, kiedy przyjaciel Byk, bardziej znużony niż zazwyczaj, czy to pracą dnia poprzedniego, czy trudami nocy, odpoczywał słodko w ramionach Justysi, nagle rozlega się straszliwy głos u stóp drabinki: „Byk! Byk! przeklęty leniuchu! Anioł Pański już wydzwoniono, jest blisko wpół do szóstej, a ty jeszcze na stryszku! Czy masz zamiar gnić tam do południa? Chcesz, abym wylazł na górę i sprowadził cię nieco szybciej niżbyś miał ochotę? Byk! Byk!”.

— Słucham ojca?

— A oś, na którą czeka ten stary zrzęda, dzierżawca z sąsiedztwa; chcesz, aby znów nas nachodził i wyprawiał brewerie?

— Oś jest gotowa i nim upłynie kwadrans, będzie ją miał... Może pan sobie wyobrazić, co tymczasem przechodziła Justysia i mój biedny druh, Byk młodszy.

PAN: Jestem pewien, że Justysia poprzysięgła sobie nigdy nie wrócić na stryszek i że się tam znalazła jeszcze tego samego wieczora. Ale w jaki sposób wydostanie się owego ranka?