KUBUŚ: Jeżeli pan się czuje w obowiązku zgadywać, ja milknę... Owóż Byk-syn wyskakuje z łóżka, boso, z portkami w rękach i kamizelą na ramieniu. Podczas gdy się ubiera, Byk-ojciec mruczy przez zęby: „Od czasu, jak sobie nabił głowę tą łajdaczką, wszystko się rozłazi w domu. To się musi skończyć, to nie może trwać długo: zaczyna mnie to nudzić. Żeby jeszcze dziewczyna była warta; ale taka, taka!... Ha, gdyby biedna nieboszczka, kobieta uczciwa i honorna jak mało, widziała to, dawno by już chłopaka wyłoiła kijem, a dziewusze wydrapała oczy pod bramą kościoła, po sumie, na oczach ludzi. Ho, ho! z nią nie było żartów! ja byłem za miętki; ale jeśli wyobrażają sobie, że i nadal tak pójdzie, to się mylą”.
PAN: Czy Justysia słyszała to wszystko ze stryszku?
KUBUŚ: Nie ma wątpienia. Tymczasem Byk-syn powędrował do dzierżawcy z osią na ramieniu, Byk-ojciec zaś wziął się do roboty. Po kilku machnięciach hebla nos majstra zaczął domagać się niucha tabaki; szuka tabakierki w kieszeniach, pod poduszką; nie znajduje. „To ten hultaj — powiada — musiał ściągnąć jak zazwyczaj; zobaczmyż, czy nie zostawił na górze...” I oto stary drapie się na stryszek. W chwilę później spostrzega, że zapodziała mu się gdzieś fajka i nóż; znów gramoli się na stryszek.
PAN: A Justysia?
KUBUŚ: Zgarnęła pospiesznie odzież i wśliznęła się pod łóżko, gdzie ułożyła się na płask na brzuszku, wpół żywa ze strachu.
PAN: A twój przyjaciel, Byczek?
KUBUŚ: Oddawszy oś, założywszy ją jak należy i odebrawszy zapłatę, przybiegł do mnie i zwierzył mi się ze swego straszliwego kłopotu. Zabawiwszy się nieco jego strapieniem, rzekłem: „Słuchaj, Byczku, idźże się przejść na wieś albo gdzie ci się podoba; już ja to biorę na siebie. Proszę cię tylko o jedno: byś mi zostawił nieco czasu”... Ale pan się uśmiecha, co panu chodzi po głowie...?
PAN: Nic.
KUBUŚ: Byk młodszy, mój przyjaciel, wychodzi. Ja się ubieram, zastał mnie bowiem jeszcze w łóżku. Idę wprost do starego, który ujrzawszy mnie, zaczął wydawać okrzyki zdziwienia i radości i rzekł: „Ho, ho, chrzestny synaczku, tyżeś to! skąd przybywasz i co porabiasz tu tak wczesnym rankiem?...” Chrzestny ojciec miał dla mnie wiele prawdziwej przyjaźni; toteż rzekłem otwarcie: „Nie chodzi o to skąd idę, ale jak wrócę do domu”.
— He, he, chrzestny synalku, nicpoń się robi z ciebie; lękam się, że mój Byczek i ty tworzycie dobraną parę. Nie spałeś w domu?