— A ojciec nie zna, co to żarty na tym punkcie.

— Ma słuszność, chrzestny synaczku, ma słuszność. Ale zacznijmy od śniadania, butelka nam coś podszepnie.

PAN: Kubusiu, ten człowiek wyznawał zdrowe zasady.

KUBUŚ: Odpowiedziałem, że nie czuję potrzeby i chęci jedzenia ani picia, jeno upadam ze znużenia oraz bezsenności. Stary Byk, który za młodych lat nie lada komu dałby się zawstydzić, uśmiechnął się pod wąsem i dodał: „Chrzestny synaczku, musiała być ładna i nie żałowaliście sobie. Słuchaj: Byczek wyszedł z domu, drapże się na górę i kładź na jego łóżko... Ale jedno słowo, zanim powróci. Żyjecie w przyjaźni; otóż kiedy zobaczycie się w cztery oczy, powiedz mu, że jestem niezadowolony, bardzo niezadowolony. Ta szelma Justysia, którą musisz znać (któryż bowiem chłopak we wsi jej nie zna?), rozwłóczyła mi go na nic; oddałbyś mi prawdziwą przysługę, gdybyś go odstręczył od dziewuchy. Przedtem był to chłop jak malowanie; owóż od czasu jak wdał się w tę nieszczęśliwą znajomość... ale ty ani słuchasz; oczy ci się kleją: idźże, idź na górę i spocznij sobie”.

Wchodzę, rozbieram się, podnoszę kołdrę i prześcieradło, macam wszędzie, nie ma Justysi. Tymczasem Byk, mój chrzestny ojciec, mamrotał: „O, dzieci, przeklęte dzieci! a ten znowu, nie gotujeż on zgryzoty swemu ojcu?”. Nie znalazłszy Justysi w łóżku, domyśliłem się, że musi być pod łóżkiem. Na górce było zupełnie ciemno. Schylam się, szukam rękami, napotykam ramię, chwytam, ciągnę ku sobie; wysuwa się spod legowiska cała drżąca. Ściskam ją, ośmielam, daję znaki, aby się położyła. Składa ręce, rzuca mi się do nóg, obejmuje za kolana. Nie byłbym może oparł się tej niemej scenie, gdyby jasny dzień był ją oświecał; ale ciemność, skoro nie czyni człowieka trwożliwym, czyni go przedsiębiorczym. Zresztą miałem na wątrobie jej dawne grymasy. Za całą odpowiedź popycham ją ku schodkom prowadzącym do sklepu. Wydaje krzyk przerażenia. Byk usłyszał i rzekł: „Gada przez sen”. Justysia mdleje; kolana uginają się pod nią; na wpół przytomna powtarza zdławionym głosem: „On tu przyjdzie... już idzie... słyszę, jak idzie... zgubiona jestem!”... Nie, nie — odpowiadam przyciszonym głosem — uspokój się, bądź cicho i połóż się...” Upiera się w swoim wzdraganiu, ja upieram się również, w końcu daje za wygraną: i oto jesteśmy w łóżku, przytuleni do siebie.

PAN: Zdrajco! zbrodniarzu! Czy wiesz, jaką zbrodnię popełniasz w tej chwili? Dopuszczasz się na tej dziewczynie gwałtu: nie siłą, ale postrachem. Stawiony przez trybunałem, podpadłbyś całej surowości praw zastrzeżonych dla gwałcicieli.

KUBUŚ: Nie wiem, czy ją zgwałciłem, ale to wiem, że nie zrobiłem jej krzywdy i ona mnie także. Zrazu odwracając usta od moich pocałunków, szepnęła: „Nie, nie, Kubusiu, nie...” Na te słowa udałem, że wychodzę z łóżka i kieruję się ku schodkom. Powstrzymała mnie i rzekła, zbliżając usta do mego ucha: „Nigdy nie myślałam, że jesteś taki zły; widzę, że nie można spodziewać się po tobie litości; ale przynajmniej przyrzeknij mi, przysięgnij”...

— Co?

— Że on się nic nie dowie.

PAN: Przyrzekłeś, przysiągłeś i wszystko poszło bardzo dobrze.