PAN: Lepiej znać ojców i dzieci.
KUBUŚ: Ech, panie! od wieków i po wsze wieki będą kolejno jedni drugich wystrychiwać na dudków.
PAN: To co mówisz, to wszystko wiekuiste prawdy, ale których nie można powtarzać nazbyt często. Jaka bądź będzie powiastka, którą przyrzekłeś mi jeszcze, bądź pewien, iż głupiec jeno nie doszuka się w niej nauki: jedź więc dalej.
Czytelniku, przyszedł mi skrupuł: a to iż Kubusiowi i jego panu użyczyłem zaszczytu wygłoszenia paru uwag, które należały z prawa tobie; jeżeli tak, możesz im je odebrać bez żadnej ceremonii. Spostrzegłem też, o ile mi się zdaje, iż słowo Byk55 ci się nie podoba. Chciałbym bardzo wiedzieć dlaczego. To jest istotne nazwisko rodowe mego stelmacha; metryki chrztu, metryki zgonu, kontrakty ślubne podpisane są Byk. Potomkowie Byka, którzy prowadzą dzisiaj warsztat, nazywają się Bykami. Kiedy dzieci ich, miłe dziateczki, przechodzą ulicą, ludzie powiadają: „Oto małe Byczki”. Kiedy wymawiacie imię Boule, przypominacie sobie najwykwintniejszego mistrza meblarstwa, jakiegoście mieli. Owóż do tej pory nie zdarzy się nikomu w okolicy wymówić imienia Byk, aby nie wspomnieć największego stelmacha za ludzkiej pamięci. Byk, którego imię czyta się na końcu wszystkich nabożnych książek z początku wieku, był jednym z jego krewniaków. Jeżeli kiedykolwiek prawnuk naszego Byka odznaczy się jakim wielkim czynem, imię własne Byk brzmieć wam będzie niemniej wspaniale jak imię Cezara albo Kondeusza. Bo też jest Byk i Byk, jak Wilhelm i Wilhelm. Kiedy mówię po prostu Wilhelm, nie będzie to ani zdobywca Wielkiej Brytanii, ani też sukiennik z Adwokata Patelin56; imię Wilhelm po prostu, bez dodatku, nie będzie ani heroiczne, ani mieszczańskie; tak samo Byk. Krótko: Byk to nie jest ani ów słynny stelmach, ani żaden z jego pospolitych przodków lub potomków. Bo też, po prawdzie, alboż imię własne może być ładne lub nieładne? Na każdej ulicy spotkacie pełno drabów imieniem Pompejusz. Pozbądźcie się tedy fałszywej delikatności albo też postąpię z wami jak milord Chatham57 z członkami parlamentu; powiedział im: „Cukru, cukru, cukru; i cóż w tym śmiesznego?...” A ja wam powiem:. Byka, Byka, Byka; dlaczego nie ma się kto nazywać Byk?”. Powiedziawszy, co miałem na sercu, oddaję głos Kubusiowi.
KUBUŚ: Było to w dzień świąteczny; brat Jan wydawał za mąż córkę jednego z sąsiadów. Ja byłem drużbą. Posadzono mnie do stołu między dwoma najtęższymi kpiarzami z całej parafii; miałem minę wielkiego bajbardzo, mimo że nie byłem znów takim, za jakiego mnie brali. Zadali mi kilka jowialnych pytań na temat poślubnej nocy; odpowiedziałem dość głupio: dalejże oni parskać śmiechem, aż żony obu żartownisiów zaczęły krzyczeć z końca stołu: „Co się stało? co wam tak wesoło?”. „Tarzać się ze śmiechu! — odparł jeden z żonkosiów — opowiem ci to wieczorem”. Druga, niemniej ciekawa, zadała mężowi toż samo pytanie i otrzymała podobną odpowiedź. Uczta ciągnie się dalej; takoż i pytania, i moje niezgrabstwa, i wybuchy śmiechu, i zdziwienia u kobiet. Po uczcie tańce; po tańcach pokładziny państwa młodych, uroczystość podwiązki; w końcu znajduję się w moim łóżku, a owi dwaj kpiarze w swoich, gdzie każdy z nich skwapliwie rozpowiada żonie rzecz niezrozumiałą, niepodobną do wiary, iż w dwudziestym drugim roku chłopak duży i krzepki jak ja, wcale przystojny, rześki i niegłupi jest tak naiwny, ale to tak naiwny, jak kiedy wychodził z żywota matki. Obie kobiety okrzykiwały się z podziwu na równi z mężami. Ale zaraz nazajutrz pani Zuzanna kiwa na mnie palcem i mówi: „Kubusiu, nie masz nic do roboty?”.
— Nie, pani sąsiadko; w czym mogę usłużyć?
— Chciałabym... chciałabym... — i mówiąc to chciałabym, ściska mi rękę i spogląda dość szczególnie — chciałabym, abyś wziął gnip58 i pomógł mi wyciąć parę naręczy wikliny, za ciężka to bowiem robota na mnie samą.
— Bardzo chętnie, pani Zuzanno...
Biorę gnip i ruszamy. Po drodze Zuzanna opiera się głową o moje ramię, bierze mnie pod brodę, ciągnie za uszy, daje kuksańce w bok. Przybywamy. Miejsce było spadziste. Pani Zuzia wyciąga się na ziemi z nogami nieco rozsuniętymi i rękami założonymi pod głową. Ja, nieco poniżej, uwijam się z moim nożem. Zuzanna przyciągnęła nogi ku sobie, zbliżając pięty do pośladków; wniesione kolana czyniły spódniczkę mocno kusą. Ja ciągle macham gnipem, prawie na oślep. W końcu Zuzanna rzecze: „Kubusiu, kiedy ty skończysz?”.
— Kiedy pani zechce, pani Zuzanno.