PAN: No, Kubusiu, Kubusieczku, powiedz, kto był mały człowieczek. Umierasz z ochoty, nieprawdaż? Ulżyj sobie.

KUBUŚ: Było to coś w rodzaju karła, garbaty, kulawy, jąkała, ślepy na jedno oko, zazdrosny, lubieżny, zakochany (być może z powodzeniem) w Zuzi. Był to wikary z naszej wioski.

Kubuś podobny był do dziecka straganiarki jak dwie krople wody, z tą różnicą, że od czasu jak go bolało gardło, trudno go było doprowadzić do powiedzenia A, ale skoro raz ruszył z miejsca, jechał już sam z siebie do końca alfabetu.

— Byłem tedy w spichlerzu Zuzi, sam na sam z nią.

PAN: I nie byłeś tam bez kozery?

KUBUŚ: Nie. Naraz zjawia się wikary; wpada we wściekłość, łaje, pyta rozkazującym tonem Zuzię, co robi sam na sam z najrozpustniejszym chłopakiem z całej wsi w najodleglejszym zakątku domostwa.

PAN: Widzę, że miałeś już reputację.

KUBUŚ: Dosyć dobrze zasłużoną. Wpadł w szczerą furię; do tych słów dodał parę innych, jeszcze mniej pochlebnych. Z kolei ja wpadam w złość. Od słowa do słowa, przyszliśmy wreszcie do gestów. Chwytam widły, pakuję mu je między nogi, na wdziewam, rzucam go na stertę siana ni mniej ni więcej jak wiązkę słomy.

PAN: A siano było wysokie?

KUBUŚ: Dziesięć stóp co najmniej, tak iż człeczyna nie byłby z niego zlazł z całym karkiem.