KUBUŚ: Wylewam ziółka na ziemię; boję się, aby nam nie przyniosły nieszczęścia.

PAN: Wariat jesteś.

KUBUŚ: Wariat czy mędrzec, to pewna, iż nie zostanie w bukłaku ani łezka.

Podczas gdy Kubuś opróżnia bukłaczek na ziemię, pan spogląda na zegarek, otwiera tabakierkę i gotuje się ciągnąć dalej historię swoich amorów. A ja, czytelniku, mam pokusę zamknąć mu usta, ukazując z dala albo starego wojskowego na koniu, jak z pochylonym grzbietem przybliża się żwawym truchtem; albo młodą wieśniaczkę w słomkowym kapeluszu, w czerwonej kiecce, wędrującą pieszo lub na ośle. I czemuż by stary wojskowy nie miał być kapitanem Kubusia albo też kolegą kapitana? — Ależ on umarł. — Tak myślisz?... Dlaczego by młoda wieśniaczka nie miała być panią Zuzią albo Małgosią, albo też gospodynią spod Wielkiego Jelenia, albo matką Joanną, albo zgoła Dyzią, jej córką? Fabrykant romansów nie zawahałby się; ale ja nie lubię romansów, chyba że są pióra Richardsona. Piszę historię; ta historia zajmie was albo nie zajmie: to najmniejsza. Zamiarem moim jest być prawdziwym: spełniłem go. Dlatego też nie każę wrócić bratu Janowi z Lizbony; gruby przeor, który zbliża się ku nam w kabriolecie obok młodej i pięknej damy, to nie będzie Ojciec Hudson. — Ale ojciec Hudson umarł? — Tak myślicie? Byliście na pogrzebie? — Nie. — Widzieliście, jak go przysypywano ziemią? —. Nie. — Umarł tedy albo żyje, jak mnie się spodoba. Zależałoby jeno ode mnie zatrzymać kabriolet i wypuścić zeń wraz z przeorem i jego towarzyszką całą obfitość przygód, w następstwie których nie dowiedzielibyście się ani dalszego ciągu amorów Kubusia, ani też jego pana. — Ale ja gardzę tymi sposobikami; widzę jedynie jasno, że przy odrobinie wyobraźni i stylu nie ma nic łatwiejszego, jak klecić romans. Zostańmy tedy przy prawdzie i czekając, aż Kubusiowi ból gardła przeminie, pozwólmy mówić jego panu.

PAN: Jednego ranka kawaler zjawił się bardzo smutny; było to nazajutrz po dniu, który spędziliśmy wspólnie na wsi: kawaler, przyjaciółka jego lub też moja, lub być może nas obu, ojciec, matka, ciotki, kuzynki i ja. Zapytał, czy nie popełniłem jakiej niezręczności, zdolnej oświecić rodziców, co do mej intryżki. Rzekł dalej, iż ojciec i matka zaniepokojeni mym nadskakiwaniem zaczęli przypierać córkę do muru. Stoją na tym stanowisku iż, jeżeli mam zamiary uczciwe, nic prostszego, abym je wyjaśnił: zaszczytem będzie dla nich przyjąć mnie na tych warunkach; ale jeśli nie opowiem się wyraźnie w ciągu dwóch tygodni, proszą, abym zaprzestał odwiedzin, które ściągają ludzką uwagę i szkodę przynoszą córce, usuwając od niej inne korzystnie partie.

KUBUŚ: I cóż, panie, czy Kubuś ma nosa?

PAN: Kawaler dodał: „Dwa tygodnie! termin dość krótki. Kochasz, jesteś kochany: za dwa tygodnie cóż uczynisz?”. Odpowiedziałem wręcz kawalerowi, iż się usunę.

— Usuniesz się! Nie kochasz zatem?

— Kocham, i bardzo; ale mam rodzinę, nazwisko, pozycję, widoki i nie zgodzę się nigdy zagrzebać wszystkich tych atutów w kramiku małej mieszczki.

— I mam im to oświadczyć?