— Jak chcesz. Ale, powiem ci, kawalerze, te nagłe i delikatne skrupuły dziwią mnie. Pozwalali córce przyjmować podarki; zostawiali nas po dwadzieścia razy sam na sam; panna ugania po balach, zebraniach, teatrach, spacerach, na wsi i w mieście, z pierwszym lepszym, kto jej może ofiarować powóz i konie; rodzice śpią głębokim snem, podczas gdy u córki goście bawią się lub tańczą; sam wysiadujesz tam, ile ci się podoba; a mówiąc między nami, kawalerze, skoro ciebie wpuszcza się do domu, można śmiało wpuścić i kogo innego. Reputacja panny jest ustalona. Nie chcę ani wierzyć, ani przeczyć wszystkiemu, co powiadają, ale przyznasz, że mogliby wcześniej zdobyć się na troskliwość o honor swego dziecka. Mam rzec prawdę? Wzięli mnie za dudka, którego spodziewają się doprowadzić za nos do stópek księdza proboszcza. Omylili się. Przyznaję, iż panna Agata jest czarująca; głowę mam nią porządnie zaprószoną: widać to, jak sądzę, po przerażających wydatkach, jakie dla niej uczyniłem. Nie uchylam się od nich nadal, ale ostatecznie muszę mieć pewność, iż okaże mi się w przyszłości mniej surową.

Nie jest moim zamiarem wiecznie tracić u jej kolan czas, majątek i westchnienia, które mógłbym z większym pożytkiem obrócić gdzie indziej. Możesz powtórzyć te ostatnie słowa pannie Agacie, a wszystko, com rzekł poprzednio, oświadczyć rodzicom... Stosunek nasz albo musi się przerwać, albo też panna Agata raczy mnie przyjmować na innej stopie i znajdzie dla mnie lepszy użytek niż ten, który czyniła z mojej osoby dotychczas. Kiedy mnie wprowadziłeś do niej, przyznaj, kawalerze, pozwoliłeś mi spodziewać się faworów, których nie znalazłem. Kawalerze, ty mnie troszkę nabrałeś.

KAWALER: Na honor, przede wszystkim nabrałem sam siebie. Któż, u diaska, byłby przypuścił, że ta mała wariatka z tą pustą minką, z tak śmiałym i wesołym wzięciem okaże się takim zażartym smokiem na punkcie cnoty?

KUBUŚ: Ej, do licha, panie, toś się pan postawił wcale tęgo. Zatem byłeś chwatem raz jeden w życiu?

PAN: Zdarzają się dni. Miałem na wątrobie przeprawę z lichwiarzami, przymusową rejteradę przed panią Bridoie i, bardziej niż wszystko inne, srogość panny Agaty. Było mi po trosze dość tej głupiej roli.

KUBUŚ: I po tej mężnej apostrofie wystosowanej do drogiego przyjaciela, kawalera de Saint-Ouin, coś pan uczynił?

PAN: Dotrzymałem słowa: przestałem bywać.

KUBUŚ: Bravo! Bravo! mio caro maestro!

Minęły dwa tygodnie; żadnego znaku życia. Kawaler tylko donosił mi wiernie o następstwach mojej absencji i zagrzewał, abym się trzymał twardo. Powtarzał: „Zaczynają się dziwić, spoglądają po sobie, szeptają po kątach; zastanawiają się, czym mogli dać powód niezadowolenia. Panienka wysila się na godność; powiada z przybraną obojętnością, poprzez którą widzi się łatwo, że jest dotknięta: »Ten pan nie raczy się pokazywać; widocznie nie zależy mu na naszej znajomości; jak mu się podoba, to jego rzecz...« Następnie okręca się na pięcie, zaczyna nucić, idzie ku oknu, wraca, ale z czerwonymi oczkami; wszyscy widzą wyraźnie, że płakała”.

— Płakała!