— Zawezwą, powiadam. Skoro się tam zjawiam, nie mówię o tobie ani słówka, jakby cię wcale nie było na świecie. Krąży koło mnie: ja nic; nie zwracam uwagi; w końcu pyta, czy cię widziałem; odpowiadam obojętnie czasem tak, czasem nie; mówimy o czym innym; ale zawsze rozmowa schodzi na twoje zniknięcie. Pierwsze słowo pada ze strony ojca, matki, ciotki albo Agaty; mówią: „Po tylu względach, jakie mieliśmy dla niego! życzliwości, jaką okazaliśmy mu w niedawnej przygodzie! przyjaźni, jaką żywiła dla niego Agatka! po tych grzecznościach, jakimiśmy go obsypywali! tylu zapewnieniach przywiązania, jakieśmy otrzymali odeń! i ufajże tu komu!... Otwierajże dom ludziom, którzy się doń cisną!... Wierz tu przyjaciołom!”.
— A Agata?
—- Narobiłeś bigosu, możesz mi wierzyć.
— A Agata?
— Agata ciągnie mnie na bok i mówi: „Kawalerze, czy ty rozumiesz postępowanie twego przyjaciela? Upewniałeś tyle razy, że mnie kocha; wierzyłeś w to zapewne i czemuż nie miałbyś wierzyć? Ja, przyznaję, wierzyłam...” I nagle urywa, głos się jej zmienia, oczy wilgną... Dobryś! toć z tobą dzieje się to samo! Już nie powiem ani słowa, to pewna. Widzę, co byś ty chciał, ale nic z tego, bezwarunkowo nic z tego. Skoro raz popełniłeś głupstwo, usuwając się ni w pięć ni w dziewięć, nie chcę, abyś dodawał nowe narzucając się teraz. Trzeba wyzyskać to wydarzenie, aby posunąć naprzód twoje sprawy z Agatą; trzeba, aby widziała, że nie trzyma cię tak mocno, aby nie mogła stracić, o ile nie postara się lepiej cię zobowiązać. Po tym, co dla niej uczyniłeś, znajdować się jeszcze w fazie całowania w rękę! Ale powiedz mi, kawalerze, z ręką na sumieniu: jesteśmy przyjaciółmi; możesz bez niedyskrecji mówić ze mną szczerze; doprawdy, czy nigdy nic nie miałeś od niej?
— Nie.
— Ty kłamiesz, bawisz się w dyskretnego.
— Robiłbym to może, gdybym miał racje po temu; ale przysięgam ci, nie mam szczęścia być kłamcą w tej chwili.
— To niepojęte! bo ostatecznie ty nie jesteś byle ciemięga! Jak to! nie miała z tobą ani najmniejszej chwili słabości?
— Nie.