— Musiała być taka chwila, tylkoś może nie spostrzegł jej i zmarnował. Boję się, czyś w tym wszystkim nie był trochę dudkiem; ludzie uczciwi, delikatni i sercowi, jak ty, skłonni są do tego.
— Ale ty, kawalerze, rzekłem, co ty tam robisz?
— Nic.
— Nie masz żadnych pretensji?
— Phi! miałem je i to nawet dość długo; ale cóż? ty przybyłeś, ujrzałeś i zwyciężyłeś. Spostrzegłem się, iż panienka patrzy na ciebie zbyt chętnie, a na mnie wcale: zwinąłem tedy po prostu chorągiewkę. Zostaliśmy dobrymi przyjaciółmi; zwierza mi się ze swymi panieńskimi głupstewkami, słucha czasem moich rad; ot, w braku lepszej, zgodziłem się na rolę komparsa, do jakiej mnie zepchnąłeś.
KUBUŚ: Panie, dwie uwagi: jedna, to że mnie nie udało się nigdy prowadzić przez jakiś czas mojej historii, żeby ten czy inny diabeł jej nie przerwał, pańska zaś idzie jak po maśle. Oto losy życia; jeden biegnie wśród samych cierni i nie ukłuje się; drugi darmo spogląda przy każdym kroku pod nogi, napotka ciernie na najgładszej drodze i dobije się do legowiska odarty i pokaleczony.
PAN: Czy zapomniałeś swej przyśpiewki: a wielka wstęga, a pismo nakreślone w górze?
KUBUŚ: Druga rzecz, to że trwam nadal w przekonaniu, iż kawaler de Saint-Ouin jest wielkim hultajem; i że podzieliwszy się pańskimi pieniędzmi z lichwiarzami Le Brunem, Mervalem, Mateuszem de Fourgeot lub Fourgeotem de Mateusz i panią Bridoie, stara się ubrać pana w swą kochankę, rozumie się wielce honorowo, z udziałem rejenta i proboszcza, aby podzielić z panem jeszcze i pańską żonę... Au! gardło!...
PAN: Wiesz ty, co ty robisz? rzecz bardzo powszechną i wielce nieprzyzwoitą.
KUBUŚ: Bardzom do tego zdolny.