PAN: Przyznaj, że zasługiwałbyś na to.

KUBUŚ: Zgoda; ale z tym wszystkim spojrzysz pan na zegarek, zażyjesz tabaki, złość przeminie i będzie pan ciągnął dalej swą historię...

PAN: Ten ladaco robi ze mną, co mu się podoba...

W kilka dni po tej rozmowie kawaler znów zjawił się u mnie; miał minę tryumfującą: „I cóż, przyjacielu — rzekł — czy na drugi raz będziesz wierzył memu talentowi wróżbity? Powiedziałem z góry: jesteśmy silniejsi. Masz tu list od małej; tak, list, list od niej”...

List był bardzo czuły, wymówki, skargi, et caetera, i oto z powrotem zainstalowałem się w domu.

Czytelniku, widzę, że przerywasz w tym miejscu czytanie; o co ci chodzi? Ach, zdaje mi się, że rozumiem; chciałbyś zobaczyć list. Pani Riccoboni79 nie omieszkałaby ci go pokazać. Bileciku, który pani de La Pommeraye podyktowała nabożnisiom, jestem pewien, że także żałowałeś. Mimo iż był on nieskończenie trudniejszy do napisania niż liścik Agaty, sądzę, bez zbytniej zarozumiałości na punkcie mego talentu, iż dałbym z nim sobie rady; ale nie byłby oryginalny: byłoby tak, jak z owymi wspaniałymi przemowami Tytusa Liwiusza w jego Historii Rzymskiej lub też kardynała Bentivoglio w Wojnach Flandrii. Czyta się je z przyjemnością, ale niweczą złudzenie. Historyk podsuwający swoim osobistościom mowy, których nie wygłosiły, może im także podsunąć czyny, których nie popełniły. Błagam cię tedy, zechciej obyć się bez obu listów i prowadź dalej lekturę.

PAN: Pytano mnie o przyczynę zniknięcia, odpowiedziałem ni to ni owo; zadowolono się odpowiedzią i wszystko wróciło do dawnego trybu.

KUBUŚ: To znaczy, wydatki postępowały w najlepsze, sprawy zaś miłosne nie posuwały się ani na jotę.

PAN: Kawaler wypytywał często o postępy moich amorów i zdawał się zniecierpliwiony.

KUBUŚ: Być może niecierpliwił się w istocie.