PAN: A dlaczego?

KUBUŚ: Dlaczego? dlatego, że...

PAN: Dokończ, dokończ.

KUBUŚ: Niech mnie Bóg broni; trzeba coś zostawić opowiadającemu.

PAN: Nauki nie idą w las, bardzo mnie to cieszy... Jednego dnia kawaler zaproponował przejażdżkę we dwójkę. Wybraliśmy się na cały dzień na wieś. Wyjechaliśmy wczesnym rankiem. Zjedliśmy obiad w gospodzie, wieczerzę również; wino było doskonałe, ciągnęliśmy sporo, rozmawiając o polityce, religii i kobietach. Nigdy kawaler nie objawiał mi tyle zaufania, tyle przyjaźni; opowiedział wszystkie przygody swego życia z nieprawdopodobną szczerością, nie tając ani złego, ani dobrego. Pił, ściskał mnie, płakał z czułości; piłem, ściskałem, płakałem i ja również. W całym ubiegłym życiu miał tylko jeden postępek, który sobie wyrzucał; ale ten wyrzut poniesie z sobą aż do grobu...

— Kawalerze, wyspowiadaj się przyjacielowi; to ci ulży. No i cóż! o co chodzi? pewnie jakaś błahostka, którą przeceniasz w zbytniej drażliwości?

— Nie, nie — wykrzyknął kawaler, kryjąc głowę w rękach i zasłaniając twarz ze wstydu — to zbrodnia, zbrodnia nie do przebaczenia. Czy uwierzyłbyś? Mnie, kawalerowi de Saint-Ouin, zdarzyło się raz w życiu oszukać, oszukać, tak, oszukać przyjaciela.

— I jakżeż się to stało?

— Niestety! bywaliśmy obaj w jednym domu, jak ty i ja. Była tam młoda panna, jak panna Agata; on był w niej zakochany, ja posiadałem jej miłość; on rujnował się dla niej, ja cieszyłem się jej faworem. Nigdy nie miałem odwagi uczynić mu tego wyznania; ale jeżeli się kiedy spotkamy, powiem wszystko. Noszę ten straszliwy sekret na dnie serca, przygniata mnie: to ciężar, z którego trzeba mi się koniecznie uwolnić.

— Kawalerze, dobrze uczynisz.