— Ojciec śpi.
— To nic, ja chcę, żeby wstał, ja chcę, ja chcę...
— Jest chory...
— To nic, ja chcę, żeby wstał, ja chcę, ja chcę...
Budzą Desglands’a, zarzuca jakiś płaszcz na ramiona, zjawia się.
— I cóż, mały, jestem, o co chodzi?
— Chcę, żeby tu przyszli.
— Kto?
— Wszyscy, którzy są w zamku.
Sprowadza się wszystkich: panów, służbę, gości, Joannę, Dyzię, mnie z moim chorym kolanem, wszystkich, z wyjątkiem starej sparaliżowanej odźwiernej, której pozwolono mieszkać kątem w chałupie o ćwierć mili od zamku. Malec żąda, aby po nią posłać.