KUBUŚ: Wierzę; skoro bowiem jakaś rzecz jest, trzeba było, by była.

PAN: Kiedy masz za dużo krwi albo we krwi humorów, co czynisz? Wołasz chirurga, który ci odpuszcza parę uncyj. Więc widzisz! komary, na które się żalisz, to ćma małych skrzydlatych chirurgów, którzy przylatują kłuć cię swymi lancecikami i wyciągać krew kropelka po kropelce.

KUBUŚ: Tak, ale na chybił trafił, nie pytając, czy mam jej za dużo, czy za mało. Posadź tu pan najostatniejszego suchotnika, a zobaczysz, czy mali skrzydlaci chirurgowie nie będą go kłuli jak wściekli. Myślą o sobie; wszystko w naturze myśli o sobie i tylko o sobie. Że coś wyrządza szkodę drugim, któż by się o to pytał, byleby się samemu ciągnęło korzyści?...

Tu Kubuś strzepnął w powietrzu obiema rękami, wołając: „Niech wszyscy diabli porwą skrzydlatych chirurgów!”.

PAN: Kubusiu, znasz ty bajkę o Garonie83?

KUBUŚ: Znam.

PAN: Jak ci się wydaje?

KUBUŚ: Głupia.

PAN: To łatwo powiedzieć.

KUBUŚ: I łatwo dowieść. Gdyby zamiast żołędzi na dębie rosły dynie, czy ten ciemięga Garon byłby się położył spać pod dębem? A gdyby się nie położył spać pod dębem, cóż by znaczyło dla całości jego nosa, czy by z dębu spadały dynie czy żołędzie? Zostaw to pan dzieciom.