— Ej, Dyziu, nie płaczże już, dla ciebie kupiłem.
— Panie Kubusiu, prawdę pan mówi?
— Bardzo prawdę, tak dalece prawdę, że oto je masz. — To mówiąc, podałem obie, ale jedną zatrzymałem w ręku; natychmiast poprzez łzy zabłysnął uśmieszek. Wziąłem ją za ramię, przyciągnąłem do siebie, ująłem nóżkę i oparłem o kraj łóżka, podniosłem spódniczki aż do kolana, koło którego zacisnęła je obiema rękami, ucałowałem nóżkę i umocowałem podwiązkę. Zaledwie zdołałem tego dokonać, weszła Joanna.
PAN: A to wizyta nie w porę!
KUBUŚ: Może tak, może nie. Zamiast zauważyć nasze pomieszanie, zobaczyła tylko podwiązkę w ręku Dyzi. „Cóż za śliczna podwiązka — rzekła — ale gdzie druga?”.
— Na nodze — odparła Dyzia. — Powiedział mi pan Kubuś, że je kupił dla swojej panny: myślałam więc, że to dla mnie. Nieprawdaż, mamo, skoro włożyłam jedną, muszę już zatrzymać i drugą?
— Tak, panie Kubusiu, Dyzia ma słuszność, jedna podwiązka nic nie warta bez drugiej, a nie zechce pan przecie odbierać tej, którą ma.
— Czemu nie?
— Bo Dyzia by tego nie chciała, ani ja też nie.
— Więc ułóżmy się; zapnę jej drugą w pani obecności.