Zsiedli z koni; Kubuś zeskoczył pierwszy i z niezwykłą szybkością znalazł się przy siodle pana. Zaledwie ten stanął nogą w strzemieniu, rzemień przerwał się i jeździec byłby runął całym ciężarem na ziemię, gdyby sługa nie chwycił go w ramiona.

PAN: No, Jakubie, ty ładnie się o mnie troszczysz! Mało brakowało, a byłbym sobie przetrącił żebro, złamał rękę, rozwalił głowę, zabił może?

KUBUŚ: Wielkie nieszczęście!

PAN: Co ty mówisz, gałganie? Czekaj, czekaj, ja cię nauczę... — I pan, okręciwszy rzemyk od szpicrózgi koło garści, zaczął uganiać za Kubusiem. Kubuś biegał dokoła konia pękając od śmiechu; pan wyklina, złorzeczy, pieni się z wściekłości i biega też dokoła konia, zionąc tysiącem obelg na Kubusia. I trwał ten wyścig tak długo, aż wreszcie obaj zlani potem i wyczerpani zatrzymali się: jeden z jednej strony konia, drugi z drugiej, Kubuś dysząc i parskając śmieciłem, pan dysząc i rzucając nań wściekłe spojrzenia. Skoro nieco nabrali tchu, Kubuś rzekł: „Czy wielce szanowny pryncypał przyzna mi teraz słuszność?”.

PAN: Owszem, przyznam ci słuszność, psie, łajdaku, bezecniku, że jesteś najgorszym z lokai, a ja najnieszczęśliwszym ze wszystkich panów na świecie.

KUBUŚ: Czy nie miałeś pan najoczywistszego dowodu, że działamy po największej części bezwolnie? Ot, powiedz pan, z ręką na sumieniu: ze wszystkiego, coś uczynił lub rzekł od półgodziny, czy chciałeś pan cokolwieczek? Czyś pan nie był moją marionetką i czy byś w dalszym ciągu nie był moim pajacem przez miesiąc bodaj, gdybym tak sobie ułożył?

PAN: Jak to! to była zabawa?

KUBUŚ: Zabawa.

PAN: Spodziewałeś się przerwania rzemienia?

KUBUŚ: Przygotowałem je.