— Najlepiej ze wszystkich; umarło.
— Czy uczy ich pan czego?
— Nie, pani.
— Jak to! ani czytać, ani pisać, ani katechizmu?
— Ani czytać, ani pisać, ani katechizmu.
— Dlaczego?
— Bo i mnie też niczego nie uczyli i wcale przez to nie czuję się głupszy. Jeśli mają głowę na karku, dadzą sobie rady jak ja; jeśli są osły, wszystko czego bym ich nauczył, pomnożyłoby tylko ich osielstwo...
Jeśli spotkacie kiedy tego oryginała, wiedzcie, iż nie potrzeba być mu znajomym, aby się wdać w gawędę. Zaciągnijcie go do szynku, powiedzcie, o co chodzi, każcie iść z sobą bodaj dwadzieścia mil: pójdzie; wykorzystawszy go, odprawcie bez grosza: wróci zadowolony.
Czy słyszeliście kiedy o niejakim Prémontvalu, który dawał w Paryżu publiczne lekcje matematyki? To jego przyjaciel... Ale Kubuś i jego pan może się już spotkali: chcecie, byśmy pospieszyli do nich, czy wolicie zostać ze mną?... Otóż, Gousse i Prémontval prowadzili wspólnie szkołę. Pomiędzy uczniami, którzy cisnęli się tłumnie, znajdowała się młoda dziewczyna nazwiskiem panna Pigeon, córka owego zręcznego majstra, który zbudował dwie planisfery, przeniesione z czasem z Ogrodu Królewskiego do sal Akademii Umiejętności. Panna Pigeon spieszyła codziennie na lekcje z teczką pod pachą i puzderkiem przyborów matematycznych w zarękawku. Jeden z nauczycieli, Prémontval27, zakochał się w uczennicy i pośród zawiłych wykładów o linii wpisanej w koło urodziło się dzieciątko. Ojciec Pigeon nie był człowiekiem, który by spokojnie ścierpiał pojętą w ten sposób operację matematyczną. Położenie kochanków stało się kłopotliwe; zastanawiają się, co począć; ale nie posiadając oboje nic, co się nazywa nic, cóż mogli mądrego wymyślić? Wzywają na pomoc przyjaciela Gousse. Ów nie mówiąc słowa, sprzedaje wszystko, co posiada, bieliznę, ubrania, przyrządy, meble, książki; zdobywa pewną sumkę, wsadza kochanków w dyliżans pocztowy, odprowadza konno aż do Alp; tam opróżnia sakiewkę z resztki pozostałych pieniędzy, wręcza je wśród uścisków, życzy dobrej podróży i wraca piechotą o proszonym chlebie do Lyonu, gdzie malowaniem ścian w jakimś klasztorze zarobił tyle, iż mógł dobić do Paryża bez potrzeby żebrania po drodze. — To bardzo piękne. — Z pewnością! i sądząc z tego heroicznego czynu, przypuszczacie w panu Gousse silny grunt moralny? Zatem wyzbądźcie się błędu: nie miał go ani, o, tycio. — To niemożliwe. — Tak wszelako jest. Zatrudniłem go u siebie. Dałem mu czek na osiemdziesiąt funtów na mego mandanta; suma była wypisana w cyfrach: cóż czyni? dodaje zero i każe sobie wypłacić osiemset funtów. — Och! to haniebne! — Nie więcej jest nieuczciwym, kiedy kradnie, jak szlachetnym, kiedy się wyzuwa ze wszystkiego by wspomóc przyjaciela; jest to oryginał bez zasad; osiemdziesiąt franków nie wystarczało mu; jednym tedy pociągnięciem pióra przyczynił sobie siedemset dwadzieścia, których mu było potrzeba. A owe cenne książki, z których uczynił mi podarek! — Cóż to znów za książki?... — Ale Kubuś i jego pan? ale miłostki Kubusia? Ach, czytelniku, cierpliwość, z jaką mnie słuchasz, jest dowodem, jak mało zainteresowania budzą w tobie moi bohaterowie, i miałbym pokusę zostawić ich własnemu losowi... Potrzebowałem pewnej cennej książki, Gousse przynosi mi ją; za jakiś czas potrzebuję innej; przynosi znowu: chcę zwrócić koszta, nie chce przyjąć. Potrzebuję trzeciej rzadkiej książki. „Co tej — powiada — to panu nie dostarczę, za późno pan powiedział; znajomy mój, doktor Sorbony, umarł”.
— A cóż ma wspólnego śmierć doktora Sorbony z książką, której sobie życzę? Czyżbyś pan tamte dwie zaczerpnął z jego biblioteki?