— Naturalnie!
— Bez pozwolenia?
— Ech! na cóż mi było pozwolenia w tym akcie sprawiedliwego rozdziału dóbr? Dokonałem małego i najwłaściwszego w świecie obrotu, przenosząc książki z miejsca, gdzie stały daremnie, w inne, w którym miały posłużyć do dobrego użytku...
I sądźcież teraz o charakterach i postępkach ludzkich! Ale przewyborna jest historia owego Gousse z własną żoną... Rozumiem; macie już dość i bylibyście zdania, abyśmy odszukali naszych podróżnych. Czytelniku, obchodzisz się ze mną jak z automatem; to nieuprzejmie; Powiadaj o miłostkach Kubusia, nie powiadaj o miłostkach Kubusia; życzę sobie usłyszeć historię pana Gousse; mam już dosyć historii pana Gousse. Godzi się bez wątpienia, abym niekiedy szedł za twoim zachceniem; ale godzi się niekiedy również tobie iść za moim, nie mówiąc już o tym, iż wszelki słuchacz, który pozwolił rozpocząć opowiadanie, zobowiązuje się wysłuchać do końca.
Powiedziałem po pierwsze; otóż powiedzieć po pierwsze znaczy zapowiedzieć co najmniej po drugie. Po drugie tedy... Słuchajcie lub nie, będę mówił sam dla siebie... Kapitana Kubusiowego i jego przyjaciela mogła trawić namiętna i tajemna zawiść; jest to uczucie, które przyjaźń nie zawsze umie poskromić. Niczego równie trudno nie przebacza się komuś, co jego zalet. Czyż nie mogli obawiać się jakiegoś faworu, który by stał się jednaką zniewagą dla obu? Sami nie wiedząc o tym, starali się może zawczasu pozbyć niebezpiecznego współzawodnika, próbowali się na przyszłą sposobność. Ale jak można posądzać o coś podobnego kogoś, kto tak wspaniałomyślnie zrzeka się rangi komendanta twierdzy na rzecz bardziej potrzebującego kolegi? Zrzeka się, prawda; ale, gdyby go jej pozbawiono, upomniałby się może o to ostrzem szpady. Wszelki fawor, przeskok w awansie, o ile w świecie wojskowym nie przynosi zaszczytu temu, kto zeń korzysta, jest bądź co bądź hańbą dla jego rywala. Ale dajmy pokój temu wszystkiemu i powiedzmy, iż to była ich mania. Czyliż każdy nie ma swojej? Ta, której ulegli dwaj oficerowie, grasowała przez wiele wieków w całej Europie; nazywano ją duchem rycerstwa. Cała ta błyszcząca hałastra uzbrojona od stóp do głowy, przystrojona rozmaitymi barwami kochanek, harcująca na rumakach, z lancą w garści, z podniesioną lub opuszczoną przyłbicą, spoglądająca dumnie na siebie, mierząca się wzrokiem, grożąca sobie, obalająca się w kurzawę, zasiewająca arenę popisu ułamkami strzaskanej broni, toć to nie kto inny, jeno przyjaciele zazdrośni wzajem o chwałę i zasługę. Owi przyjaciele, z chwilą gdy, każdy na jednym krańcu szranków, złożyli lance do natarcia i pocisnęli ostrogą brzuchy biegunów, stawali się najstraszliwszymi wrogami; rzucali się na siebie wzajem z tą samą wściekłością, jaka ogarniała ich na polu bitwy. Więc cóż! nasi dwaj oficerowie byli jeno dwoma paladynami zrodzonymi za naszych dni z obyczajem dawniejszego czasu. Odwaga raz jest wyżej, raz znowu niżej w cenie: im jest pospolitsza, tym mniej się ludzie nią szczycą, tym mniej ją wysławiają. Przyjrzyjcie się różnym skłonnościom i ludziom: zauważycie między nimi takich, o których by można powiedzieć, iż przyszli na świat za późno; są z innego wieku. I cóż przeszkadzałoby mniemać, iż nasi dwaj rycerze wszczynali te codzienne i niebezpieczne walki przez samo jeno pragnienie znalezienia słabej strony przeciwnika i uzyskania przewagi? Pojedynki powtarzają się w społeczeństwie pod wszelką postacią; między księżmi, między urzędnikami, pisarzami, filozofami; każdy stan ma swoją lancę i swoich rycerzy, a nasze najbardziej czcigodne, najbardziej lube zebrania są jeno małymi turniejami, gdzie również nosi się niekiedy barwy miłości w sercu, jeżeli nie na ramieniu. Im więcej widzów, tym zapasy żywsze; obecność kobiet doprowadza zapał i zaciekłość do ostatecznych granic, a wstydu porażki poniesionej w ich obliczu niełacno się zapomina.
A Kubuś?... Kubuś w pędzie przebył bramy miasta, przebiegł ulice przeprowadzony okrzykami dzieci i dotarł do przeciwległego przedmieścia. Tutaj koń rzucił się w małe, niskie wrota, przy czym pomiędzy obramieniem drzwi a głową Kubusia nastąpiło gwałtowne zderzenie, którego nieuniknionym następstwem musiało być albo ustąpienie belki albo też upadek Kubusia. Jak można się domyślić, nastąpiło to ostatnie: Kubuś runął wstecz z rozwaloną głową, bez przytomności. Podnoszą go, przywracają do życia, nacierają okowitą; nie obeszło się nawet pono bez puszczenia krwi, dokonanego ręką pana domu. — Był tedy chirurgiem? — Nie. Tymczasem nadjechał pan, rozpytując się o Kubusia ludzi spotkanych na drodze. „Czyście nie widzieli dużego, suchego człowieka, jadącego na srokatym koniu?”
— Właśnie przejechał; pędził jak gdyby go diabli ścigali i musiał udać się do swego pana.
— A któż jest jego panem?
— Kat
— Kat!