— Tak, to jego koń.
— Gdzież mieszka ów kat?
— Dosyć daleko, ale niech pan sobie nie zadaje trudu: oto właśnie jego ludzie niosą tego, którego pan szukasz, a którego wzięliśmy za jednego z jego parobków...
A kimże był ów człowiek, który rozmawiał z panem? Ten, u którego progu pan Kubusia się zatrzymał, był oberżystą, nie sposób się omylić: krótki i gruby jak beczka, z rękawami koszuli odwiniętymi po łokcie, z włóczkową czapeczką na głowie, opasany kuchennym fartuchem i z wielkim nożem wiszącym u boku. Prędko, prędko, łóżka dla tego nieszczęśliwca, rzekł pan; chirurga, doktora, aptekarza”... Wśród tego ułożono Kubusia u jego stóp, z ogromnym kompresem na czole i z zamkniętymi oczyma. „Kubusiu? Kubusiu?”
— Czy to pan?...
— Tak, to ja; popatrzże na mnie.
— Nie mogę.
— Cóż ci się takiego stało?
— Ach, koń! przeklęty koń! opowiem to jutro, jeśli nie umrę w ciągu nocy.
Podczas gdy go przenoszono i układano w izbie, pan czuwał nad każdym krokiem i wołał: „Ostrożnie tylko, stąpajcie powoli; powoli, do kroćset! urazicie go jeszcze. Ty tam, od nóg, bierz się na prawo; ty, od głowy, na lewo”. Kubuś zaś mówił po cichu: „Było tedy zapisane w górze!”...