Otóż w dzień Zielonych Świątek rano otrzymałem bilecik od Gousse’a błagający, abym go odwiedził w więzieniu. Ubierając się, zastanawiałem się nad tym zdarzeniem przekonany, iż zapewne krawiec, piekarz, oberżysta lub gospodarz uzyskali i wprowadzili w czyn wyrok sądowy za jakąś dawną należność. Przybywam; zastaję go we wspólnej izdebce z paroma osobistościami o dość podejrzanym wyglądzie. Pytam, kto są ci ludzie.
— Ten stary, którego pan tu widzisz, w okularach na nosie, to bystry człowiek; znakomicie posiada sztukę rachunku i stara się oto właśnie pogodzić księgi handlowe ze swą kalkulacją. Rzecz niełatwa, rozmawialiśmy o tym, ale nie wątpię, że zdoła to osiągnąć.
— A ten drugi?
— To cymbał.
— Ale poza tym?
— Cymbał, który wynalazł maszynę do podrabiania biletów bankowych, lichą maszynę, niedokładną w dwudziestu może szczegółach.
— A ten trzeci, w ubraniu z galonami, który gra na wiolonczeli?
— Ten jest tutaj tylko przelotnie; dziś wieczór może albo jutro rano (sprawa jego bowiem to czysta błahostka) przeniosą go do Bicêtre.
— A pan?
— Ja? moja sprawa jest jeszcze większe nic.