— Czy nie mógłbyś pan wytoczyć samemu sobie nowego procesu, wygrać go i w następstwie nowego wyroku i dekretu kazać się wypuścić na wolność?

— Nie, panie.

Gousse miał ładną pokojówkę, która służyła mu za połowicę częściej niźli jego własna. Ten nierówny podział zamącił spokój domowy. Mimo iż niełatwą było rzeczą zatruć życie temu człowiekowi, który najmniej na świecie wrażliwy był na krzyki i kłótnie, w końcu postanowił opuścić żonę i zamieszkać ze służącą. Ale cały jego majątek mieścił się w meblach, przyrządach, rysunkach, narzędziach i innych ruchomych sprzętach: że zaś wolał raczej zostawić żonę ogołoconą ze wszystkiego, niż wynieść się z próżnymi rękami, oto jaki powziął projekt. Wystawił weksle na imię służącej, ta miała je zaskarżyć, uzyskać zajęcie i sprzedaż ruchomości, które znów z kolei miały zawędrować z hali aukcyjnej do przyszłego mieszkania. Zachwycony tym pomysłem, wystawia weksle, skarży je, bierze dwóch adwokatów, biega od jednego do drugiego, ścigając samego siebie z całą zawziętością, nacierając żwawo, broniąc się licho: uzyskuje wyrok skazujący go na zapłatę pod grozą kar przewidzianych prawem; w myśli zagarnia już wszystko, co tylko dało się wyskrobać z domu: ale rezultat niezupełnie odpowiedział marzeniom. Miał do czynienia z hultajką kutą na cztery nogi, która zamiast patrzeć go na ruchomościach, wzięła się do osoby, kazała go ująć i osadzić w więzieniu; tak iż mimo wszelkich pozorów szaleństwa, jakie nosiły jego zagadkowe odpowiedzi, niemniej były one szczerą prawdą.

Podczas gdy wam opowiedziałem tę historię, którą weźmiecie za bajkę... — A historia człowieka z galonami, który dudlił na wiolonczeli? — Czytelniku, przyrzekam ci ją; na mą cześć, nie będziesz oszukany, ale pozwól mi na razie wrócić do Kubusia i jego pana. Kubuś i jego pan dobili do schronienia, w którym mieli zamiar przepędzić noc. Było późno, bramy miasta były zamknięte, musieli zatrzymać się w gospodzie na przedmieściu. Tam słyszę hałas... — Pan słyszysz! Przecież pana tam nie było; nie chodzi o pana. — Prawda. Zatem, Kubuś... pan... Słychać straszliwy hałas. Widzę dwóch ludzi... — Nic nie widzisz; nie chodzi o pana, pana tam nie było. — To prawda. Siedziało tedy przy stole dwóch ludzi, rozmawiając dość spokojnie opodal drzwi prowadzących do ich pokoju; podczas gdy jakaś kobieta, wsparłszy się pod boki, rzygała na nich potokiem obelg. Kubuś starał się uspokoić tę niewiastę, która równie nie słuchała jego pokojowych przedstawień, jak owe dwie napastowane przez nią osobistości nie zwracały uwagi na jej wymysły. „Ech, paniusiu — mówił Kubuś — spokojnie, niechże się pani opamięta; pomału, o cóż chodzi? Ci panowie zdają mi się godnymi ludźmi”.

— Oni, godnymi ludźmi! To brutale, ludzie bez litości, bez serca, bez czucia. Cóż im zrobiła biedna Linka, żeby się tak znęcać nad nią? Zostanie kaleką na całe życie.

— Może nie jest tak źle jak pani myśli.

— Poturbowana strasznie, mówię panu, że zostanie kaleką.

— Trzeba zobaczyć; trzeba posłać po chirurga.

— Już posłano.

— Położyć do łóżka.