PAN: Cnota, Kubusiu, jest dobrą rzeczą; źli i dobrzy wyrażają się o niej jak najpochlebniej... Dolej no.

KUBUŚ: I jedni bowiem, i drudzy mają w tym swoje wyrachowanie.

PAN: I w jakiż sposób stało się dla ciebie takim szczęściem oberwać guzy?

KUBUŚ: Jest późno, podjadł pan sobie dobrze i ja także; jesteśmy obaj zdrożeni; wierz mi pan, chodźmy spać.

PAN: To być nie może, toć od gospodyni coś się nam jeszcze należy. Nim się jej doczekamy, wróć no do historii twoich amorów.

KUBUŚ: Na czym ja stanąłem? Proszę bardzo, na ten raz i na wszystkie inne, zechciej mnie pan naprowadzić.

PAN: Najchętniej; aby wejść tedy w czynności suflera, powiadam ci, iż leżysz w łóżku, bez pieniędzy, wielce skłopotany swą osobą, podczas gdy doktorzyna i jej dzieci zajadają się potrawką na słodko.

KUBUŚ: Naraz daje się słyszeć turkot karocy, która zatrzymała się przed domem. Wchodzi lokaj i pyta: „Czy tu mieszka biedny człowiek, żołnierz o kulach, który wrócił wczoraj z sąsiedniej wioski?”.

— Tak — odparła doktorowa — czego pan sobie życzy?

— Mam polecone wsadzić go do karocy i zabrać z sobą.