— Albo ja wiem? Któryś z kupców czy też sług. Idź tam, a na pewno znajdziesz — powiedziała i znikła za wojłokiem.
Mały zdrajca
Ludmiła dla zabicia czasu, czekając na Beppa, postanowiła zająć się pakowaniem drobnych, wybrakowanych towarów, których nie udało się sprzedać Tatarom.
Ale signor Bartolommeo miał inne plany. Nikogo nie żywił za darmo, toteż często wykorzystywał Ludmiłę do różnych posług; dziś polecił jej odnieść jakieś zawiniątko aż na drugi koniec obozu, i to zaraz. Ludmiła wyszła ze spuszczoną głową. Uwinęła się prędko i już szczęśliwie przebyła połowę drogi powrotnej, przemykając się między namiotami, gdy nie opodal, w gromadce rozmawiających ze sobą ludzi, spostrzegła Kargana. Rozejrzała się rozpaczliwie. Jurta małego Kałgi stała tuż obok, wejście było wpółuchylone. Wbiegła i zapuściła za sobą zasłonę.
Pierwszy raz Ludmiła i Elżbieta były zupełnie same. Rzuciły się sobie w objęcia i zaczęły rozmowę szybką, gwałtowną, choć przyciszoną i przerywaną łzami wzruszenia.
— Moja ty wybawicielko! Uratowałaś moje dziecko. Jakże ci jestem wdzięczna! Ale dlaczego wróciłaś, po co się tak narażasz? A gdyby cię kto rozpoznał?
— Nie wolno tracić czasu na wymówki. Beppo zaniósł okup. Jutro, może jeszcze dziś będziesz wolna! — powiedziała z tryumfem w głosie Ludmiła.
— Więc Arguna przystaje? To dziwne. Mnie się wydawało, że ona nigdy się nie zgodzi...
— Owszem, wyraźnie powiedziała. Wszystko już zaplanowane. Wracamy przez Tanę, przez morze.
— Ach, ten Beppo! — uśmiechnęła się po raz pierwszy Elżbieta. — Jakiż to szlachetny człowiek! Tak się dla nas poświęca. Moja Ludko, czy ty aby doceniasz to, co on dla nas robi?