Po chwili, która dla oczekujących zdawała się wiecznością, szaman wybiegł z rozognionym wzrokiem wołając:

— Przyjdzie! Wzbraniał się, ale go uprosiłem.

Wtedy na Mongołki padł jakiś strach, którego Elżbieta i Ludmiła nie mogły zrozumieć. Te same niewiasty, które przed chwilą żądały wróżby, teraz cisnęły się jedna za drugą mówiąc:

— Ty pierwsza...

— Nie, lepiej będzie, jak ty pójdziesz pierwsza...

Szamani tymczasem znosili drewno i na środku skały rozniecali ognisko. Wreszcie płomień wybuchnął. Krajobraz, dotąd oświetlony tylko mdłym światłem księżyca, w jednej chwili zajaśniał groźną czerwoną łuną, która skakała po urwiskach i wodach Bajkału. Rozległy się niezwykłe głosy dzwonków i z pieczary wyszedł chan szamanów, najmądrzejszy z mądrych. Zdjął czapkę, długą szatę i pozostał w postrzępionych białych i czarnych skórach, typowym stroju wróżbiarskim.

Twarz miał piękną, ale prawie bez koloru, na wskroś zniszczoną przez ascetyzm. Włosy krucze, bujne, zmierzwione, otaczały głowę na kształt czarnej aureoli. Kiedy podszedł do ogniska, podano mu sprężysty łuk i bębenek, zrobiony z trzech gatunków drewna, obciągnięty skórą mieniącą się jak u węża i obity brzękadełkami. Szamani rozstąpili się wielkim kręgiem. Chan zaczął chodzić wokół ogniska powoli, wymawiając półgłosem zaklęcia czy modły i wybijając rytm na bębenku. Niekiedy stawał, podnosił łuk jak różdżkę i kreślił nim jakieś znaki w powietrzu. Krążył tak całą godzinę. Ognisko przygasło. Nagle chan padł na ziemię i zastygł w bezruchu. Dwaj szamani podbiegli, dołożyli szyszek cedrowych i ciernia. Żar syknął i zaczął pełznąć w górę nowym słupem ognia, wydzielając odurzający aromat. Wróżbiarz jęknął jak mordowany człowiek, zerwał się i zaczął biegać wkoło ogniska, coraz szybciej, wydając zwycięskie okrzyki. W końcu puścił się w szalony taniec, który wstrząsał i porywał widzów. Jedni padli twarzą do ziemi i czasem tylko unosząc nieco głowę, spoglądali ukradkiem, inni stali z rękami założonymi i wodzili wzrokiem za szamanem.

Taniec był bardzo wyrazisty i dynamiczny, toteż zmęczeni widzowie zaczęli się zastanawiać, czy kiedykolwiek się skończy. Czarownik nie odczuwał żadnego znużenia, zataczał coraz to większe kręgi, pokazując wszystkim, jaki jest wspaniały i potężny. Nagle zbladł, zamknął oczy i runął na ziemię, wyciągnięty, sztywny. Dwóch szamanów skoczyło z nożami w ręku. Przyklękli i zaczęli ostrzyć jeden o drugi na głowie leżącego. Pod wpływem tego żelaznego zgrzytu wróżbiarz ocknął się, wstał na równe nogi, podniósł bęben i cisnął go za siebie.

Szamani podbiegli ku niewiastom, szepcząc:

— Teraz możecie pytać... prędko, prędko.