Wtedy Arguna zapytała:

— Czy ta kobieta niesie szczęście mojemu synowi?

— Tak. Wielkie szczęście...

— Cóż ja mam zrobić? Póki mały, niańka może za nim chodzić, ale jak wyrośnie, co wtedy będzie? Czy mają wszędzie prowadzać, na uczty, wojny...

— Po co? Niech chodzi w sukniach, które ona mu uszyje. Póki w nich będzie chodził, póty będzie jadł, pił i zabijał nieprzyjaciół. Jak ostatnią z nich włoży, wszystko się dla niego skończy. — Odpowiedź zadowoliła Argunę.

Ochmistrzyni dworu, stara Ujgurka, podeszła do Elżbiety i szepnęła jej do ucha:

— I ty spytaj o swojego synka. Już ci się drugi raz taka sposobność nie zdarzy. — A widząc wahanie Elżbiety, przypuszczała, że boi się szamana, więc porwała ją za ręce i zaciągnęła do czarownika. — A co robi dziecko tej kobiety?

— Czekajcie... Gdzie jest dziecko tej kobiety? A! Widzę je... Bardzo daleko stąd, ale widzę je, siedzi na tratwie... Tratwa jest na rzece... Na brzegu leżą stosy drzewa ułożone równiutko... dziecko bawi się z braćmi, trzema braćmi... ale smutne i obdarte. Przy ogniu siedzi ojciec tego dziecka i wiąże sieci.

Bojąc się Tatarów, branki nie śmiały w żywe oczy przeczyć. Ludmiła, zawsze harda, zdobyła się na odwagę i zapytała głosem, w którym dźwięczała nuta niedowierzania.

— Jesteś pewien, że to jego ojciec i bracia?