W dziesięć miesięcy po niezapomnianym pobycie na wyspie Olchon zaszła przygoda, która mocno zastanowiła branki. Podczas obozowania nad rzeką napotkano szereg wozów. Okazało się, że to siostra Zutty jedzie do męża z całym orszakiem. Zapytana o zdrowie, odrzekła, że teraz czuje się dobrze, ale przed kilkoma miesiącami, stojąc nad jeziorem Kulun-Noor, ciężko zachorowała. Potem z kolei zapytała Zuttę, czy nikt tu nie stracił dwojga źrebiąt, które przybłąkały się do jej taboru. Po sprawdzeniu okazało się, że istotnie zginęły z Ajdarowych stadnin.
Kuryłtaj
Wiosną 1246 roku został zwołany kuryłtaj, wielki sejm elekcyjny, którego odwiecznych praw Tatarzy101 twardo strzegli. Chlubili się bardzo, że jak daleko sięgała pamięć ludzka, zawsze wolnymi głosami wybierali przywódców.
Od czasu Dżyngis-chana wybór, z uwagi na wdzięczność i księgę ustaw, zawęził się wyłącznie do jego potomstwa, jednak i tak było w czym wybierać. Liczba kandydatów, rozliczność ich zalet i zasług, czyniła wybór trudnym. Przed dwudziestokilkoma102 laty elekcja Ogotaja poszła gładko i jednomyślnie. Teraz były inne czasy. Różnice zdań, niepewność powstrzymywały bieg wydarzeń.
Kujuk103 kończył czterdziesty piąty rok życia, wielki czas na rozpoczęcie rządów. Bardzo tego pragnął, a przy tym nie mógł patrzeć na lekkomyślność regentki Turakiny, która marnotrawiła skarbiec. Księżna Ogul-Gajmisz, pierwsza żona Kujuka, też była spragniona władzy, radziła się ciągle szamanów, a ci wróżyli na dwoje, mówili, że nie widzą jasno. Kujuk jak gracz, który stawia na jedną kartę, chciał już jak najszybciej rozstrzygnąć sprawę. Poprosił matkę o zwołanie kuryłtaju. Co prawda zwoływała go już kilka razy, ale jakoś nie mógł dojść do skutku. Głównie z przyczyny księcia Batego, który od lat wymawiał się ciężkim bólem nogi. Tłumaczył się, że tak daleka podróż, od Wołgi do Bajkału, bardzo nadwyręży jego siły. A że był wielce szanowany, rodzina nie chciała bez niego podjąć żadnej decyzji. Teraz jednak cierpliwość możnowładców zaczynała się wyczerpywać.
— Trudno, przyjedzie czy nie przyjedzie, trzeba radzić! — I gońcy, ogłaszający sejm wyborczy, rozbiegli się nie tylko po Mongolii, ale i po wszystkich zawojowanych ziemiach, co stanowiło więcej niż pół świata.
Cała Azja zaroiła się tłumami podróżnych. Ciągnęli królowie, pragnący uzyskać urzędowe przyznanie prawa do korony. Ciągnęły poselstwa od królów państw wolnych, na gwałt szukające zgody z konfliktowym sąsiadem.
Oprócz urzędowych orszaków, jak okiem sięgnąć, wszędzie było widać karawany kupców. Nadciągały na sejm jak ptactwo na pole bitwy. Kupców przyciągała nadzieja, że w takim tłumie łatwo będzie sprzedać najdroższe i najrzadsze towary. Szły bez końca muły i osły objuczone skrzyniami i pakami.
Przybyli wszyscy mongolscy cesarzewicze, książęta i panowie tatarscy. Jechali, ciągnąc za sobą domy, żony, niewolników i trzodę. Karakorum nie zdołałoby pomieścić takiego napływu ludności, więc kuryłtaj zwołano w oddalonym o pół dnia od stolicy Dalan-Daba.
Na ogromnej równinie zbudowano koliste podium opasane ogrodzeniem z chińskiej plecionki. Krąg był tak ogromny, że około sześciu tysięcy osób mogło poruszać się w nim swobodnie. Na środku stał olbrzymi namiot, na dwa tysiące posłów, cały z białego aksamitu ułożonego w dekoracyjne fałdy. Draperie dźwigały kopułę, która zwieńczona była koroną.