— Wreszcie cię znalazłem, terchanie! Ty tu siedzisz między niewiastami, a my cię szukamy i szukamy. Chodźże do stołu wodzów. Subutaj118 rozesłał niewolników za tobą i zapowiedział, że każe im oczy wyłupić, jak cię nie znajdą.

— Dobrze, idę już, idę, — rzekł śmiejąc się Ajdar. Wstał i szepnął do ucha Ludmiły: — Baw się dobrze, zaraz wrócę. — I zginął w tłumie.

Niełatwo „bawić się” osobie pozbawionej z obu stron towarzystwa, ale Ludmiła bardzo prędko je znalazła. Na miejscu opuszczonym przez Ajdara siadł tolholos.

— Chatuna nietutejsza? — zagadał.

— Moim mężem jest behadyr Ajdar, a ja pochodzę z bardzo dalekich stron, jak mówicie, „spod zachodniego nieba”.

— Doprawdy? I jakże tam jest pod tym niebem? — oczy tolholosa się zaiskrzyły. Jak prawdziwy poeta, chętnie słuchał opowieści o rzeczach dziwnych, tajemniczych, które działały na jego wyobraźnię.

Branka zaczęła opowiadać o cudach nieba zachodniego, o katedrach z tęczowymi oknami, w których modlą się jasnowłose królowe, o zamkach z wieżami, gdzie siedzą rycerze okuci w srebrną łuskę, o cudownych procesjach i pysznych turniejach, a choć jeszcze z niejaką trudnością wyrażała się po mongolsku, tak ją porywały drogie sercu wspomnienia, że słowa same cisnęły się na usta. Na twarzy słuchacza malował się podziw, czasem niedowierzanie.

— Ale tolholosów to pewno nie macie?

— A jakże, i to jakich...

— Doprawdy? I chodzą z bałabajką?