— Ależ ja ich nie odstępowałem! Ja czciłem je, karmiłem po dawnemu, tylko mi się zdawało, że jeden duch więcej, to więcej błogosławieństw... Ach! Ja byłem pewien, że Bóg Ludmiły będzie zsyłał nam szczęście!
Złamanego, wracającego na nocny postój Ajdara spotkała Elżbieta. Na okropną wieść o trądzie zbladła, stanęła jak słup, a potem bez słowa poszła na spoczynek. Ale kiedy nad ranem zaczęto gotować strawę i szykować się do wymarszu, nikt jej nie mógł odnaleźć. Przestraszona służba nie chciała jeszcze powiadomić Kałgi. Szukano jej po całym obozie. Na próżno. Elżbieta uciekła.
Na Zachód
Po żółtym piasku pustyni szły dwie trędowate niewiasty. Jedna miała na twarzy czarną zasłonę z wyciętym otworem na oczy. Druga wspierała się na kijach, bo nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Ręce ich były pokryte białymi plamami, ubiory, pozszywane z wypłowiałych szmat, zwieszały się w podartych strzępach.
— Już nie mogę iść — narzekała pierwsza, podpierając się na dwóch kosturach. — Nie mam siły...
— Zaraz odpoczniemy, Elżuniu — odpowiedział drugi głos. Choć wydobywał się spoza osłony, jakby zza grobu, był miękki, ciepły i jak zwykle życzliwy. — Siądźmy tu w cieniu i zastanówmy się, gdzie jesteśmy. Spójrz, coraz tu ładniej, coraz więcej wody i zieleni. Jak pod tymi palmami przyjemnie! Nareszcie jest czym oddychać!
— Strumień — zawołała radośnie Elżbieta. Czyściutki strumień! Jak dobrze, że nikogo tu nie ma. Może nikt z niego nie czerpie... Będziemy mogły się napić bez przeszkody.
Siadły. Ludmiła wyjęła z zanadrza małą drewnianą czarkę i wydobyła okrawki chleba.
— Dobra rzecz chleb, święta rzecz. Tak długo nam go brakowało u Tatarów151! Choć prawdę mówiąc, najlepiej smakuje na własnej ziemi. Czy kiedyś będziemy go tam jadły?
— Wiesz — odparła Elżbieta — gdyby nie przepowiednia ojca Pawła, na pewno nie zniosłabym takiej drogi. Ale to proroctwo trzyma mnie przy życiu. Wrócić tam, odnaleźć nasz skarb, a potem umrzeć...