— Prawda, moja Elżuniu, tak będzie. Złe się sprawdziło, to i dobre się sprawdzi. Tylko nie wolno nam zgubić drogi. Żeby tak dostać się między narody chrześcijańskie! Ale wydaje mi się, że coś tam się czerni daleko... Chyba mury...

— Tak! — Elżbieta wpatrywała się uważnie. — To miasto. Trudno się będzie nawet dowiedzieć o nazwę. Wszyscy przed nami uciekają.

— Niech sobie uciekają — odparła sucho Ludmiła. Po chwili dodała cieplejszym głosem: — Pan Bóg nam nie ucieknie i my od siebie nie uciekniemy. Czego nam więcej potrzeba do szczęścia?

Elżbieta zwróciła ku niej swoje niebieskie, duże, rozrzewnione oczy, otoczone różowymi kołami.

— A może to Jerozolima? Ale nie. Jerozolima stoi na Syjonie, a to miasto nie wznosi się na górze. Jakoś się dowiemy — powiedziała z nutą optymizmu w głosie i zaczęła starannie zbierać okruchy chleba. Jeszcze nie skończyła tej ważnej dla nędzarzy roboty, kiedy nagle w ziemi spostrzegła coś niezwykłego. Rozgarnęła piasek i wyjęła maleńką, wyschłą roślinkę zwiniętą w kłębuszek. — Patrz, co znalazłam! Zupełnie taka sama gałązka jak ta, którą nam przyniósł pielgrzym, pamiętasz? To róża jerychońska!

— Prawda! Zupełnie taka sama — zachwycała się Ludmiła, biorąc roślinkę do ręki.

— Jak to dobrze, że ją znalazłyśmy! — Elżbieta nie mogła oderwać wzroku od róży. — Tyle już lat minęło, a ja nigdy nie mogłam się pocieszyć po stracie tamtej. Przypomnij sobie, od dnia, kiedy ją zgubiłam, zaczęły się wszystkie nasze nieszczęścia. Teraz, kiedy znalazłam nową, może przyjdzie szczęście albo przynajmniej nadzieja?

Nagle odezwał się chrzęst kolczug i tętent koni. Dwóch rycerzy pędziło w ich stronę. Mieli na sobie czarne płaszcze z zielonym krzyżem wyszytym na piersiach. Przerażone niewiasty, widząc ich nieostrożność, podniosły ręce, wymachiwały nimi, dając znaki, aby się nie zbliżali, a gdy to nie pomogło, chwyciły za grzechotki wiszące u pasa i energicznie zaczęły nimi obracać. Ale im szybciej kręciły się kołatki, tym szybciej rycerze zbliżali się w ich stronę.

— Uciekajcie! Nie zbliżajcie się do nas! — zawołała błagalnie Elżbieta. — Czyż nie widzicie...

— Nie tak łatwo się nas pozbyć — zażartował rycerz po francusku i uśmiechnął się dobrotliwie. — Mamy zaszczyt wojować pod chorągwią świętego Łazarza. Należymy do zakonu braci szpitalnych i ślubowaliśmy obronę i pielęgnowanie chorych pielgrzymów, a zwłaszcza trędowatych. Radujemy się i dziękujemy opatrzności, że sprowadziła nas na waszą drogę. Jesteście miłe Chrystusowi, kiedy zesłał na was chwałę świętego Hioba. Pozwólcie, abyśmy odtąd służyli wam pomocą. Każdy chory i ubogi to nasz pan, a my jesteśmy jego pokornymi sługami.