Niewiasty spojrzały po sobie. Wzruszenie odebrało im głos. Milczały, tylko po policzkach spływały im łzy szczęścia. Pierwszy raz od wielu lat zdrowi ludzie podeszli do nich bez lęku, a nawet się uśmiechali. W ich zachowaniu było tyle łaskawości, pokory, czci dla ich cierpienia.

— A skąd to Bóg was prowadzi? — zapytał drugi rycerz.

— Z Karakorum152.

— Skąd?

— Z Karakorum — powtórzyła Ludmiła. — Ze stolicy wielkiego chana tatarskiego. Tam byłyśmy w niewoli.

Rycerz spojrzał na towarzysza, jakby pytał, czy niewiasty są przy zdrowych zmysłach.

— Co to znaczy — szepnął — Karakorum? Czy jest takie miejsce na świecie?

— Przypominam sobie... — odparł drugi mężczyzna po chwili namysłu. — Słyszałem o czymś podobnym. Opowiadał mi pewien kleryk, który czytał opis franciszkanina. Tak, właśnie, Kara... Karaka... to gdzieś niedaleko królestwa księdza Jana... Ależ to jest na końcu świata, musiałyście iść chyba rok?

— Gdzież tam rok! — odparła urażona Ludmiła. — Myśmy szły chyba z dziesięć lat.

— No, Ludko, to chyba za wiele — przerwała z uśmiechem Elżbieta. — Ale sześć albo siedem to na pewno.